poniedziałek, 22 czerwca 2015

Y u want 2 leave me

Pairing: GRi / Nyongtory
Ograniczenia: -
Długość: 1877 słów



Cyklicznie, dokładnie po 7 sekundach od wcześniejszego pukania w drzwi, do moich uszu znów dobiegł ten sam dźwięk.
-Hyung... - Żałosny głosik kolejny raz przedarł się przez kawałek gipsu i drewna dzielący nas od siebie. Wstałem z krzesła, ale zabrakło mi odwagi by przekręcić klucz. Zdążyłem naliczyć do 10, a po drugiej stronie wciąż panowała cisza. Zacząłem się denerwować i uważnie słuchałem odgłosów dochodzących z korytarza. Usiadłem na ziemi opierając się plecami o zimną ścianę. Wyobraziłem sobie jak maknae robi to samo jakiś metr dalej, niedostępny dla moich oczu. Westchnąłem głośno.
-Jiyongah... - Serce zaczęło mi mięknąć, a wargi puszczać uwięzione przez nie zęby. - Naprawdę nie chciałem żeby to tak wyszło. Nie chciałem tego powiedzieć, sam dobrze wiesz, że to nieprawda. Ten MC... ahhh... kto pozwolił mu prowadzić tak ważny program. Wiem, nie mogę zrzucić na niego całej winy. Ale przyrzekam, że miałem z wami porozmawiać na dniach. Uwierz mi. Nie mam pojęcia skąd oni wiedzieli. Leader hyung... - Ton jego głosu zawsze potrafił tak wiele zdradzić. I tym razem miałem przez niego ochotę wybiec, przytulić chłopaka i głaszcząc, powtarzać, że rozumiem,  że damy radę, że ma przestać płakać. Bo tak właśnie powinno teraz być,  nie powinienem ocierać  łez ze swoich policzków, tylko jego. Nie słuchać jego przeprosin, tylko go pocieszać.
-Jiyongah... Dobrze wiesz jak  wiele dla mnie znaczy zespół. Przepraszam, Jiyongah... - Gwałtownie otworzyłem drzwi.
-Mogłybyś chociaż teraz przestać kłamać! Nie wiem, nic, kurwa, nie wiem! Wiem tylko że przez cały czas łgałeś nam prosto w twarz, że plułeś słowami przepełnionymi kłamstwami. Masz rację, zapomnij o wszystkim! Zapomnij o nas, o tym, co przeszliśmy razem, o naszych przygodach, o tym, jak wspinaliśmy się na sam szczyt! Po prostu o każdej spędzonej wspólnie chwili!
-Ji wiesz że to nie tak... - Ledwo potrafiłem zrozumieć co mówi przez jego szloch.
-A niby jak?! Wiesz, może miałbym to w dupie, tak jak Ty, gdyby nie to, że Cię kurwa kocham! Tak, kocham cię. Nie jako przyjaciel, nie jako lider, tylko jako zakochany w tobie po uszy idiota. Żałuję, ale nie potrafię inaczej. Myślisz że dlaczego znosiłem to, że byłeś z tą dziwką, która zdradzała Cię przy każdej możliwej okazji? Znosiłem gdy przychodziłeś potem do mnie z płaczem, serce mi pękało, miałem ochotę ją udusić, ale ty mi nie pozwalałeś nic zrobić. Bo ty kochałeś ją, a ja kochałem ciebie. U-czu-cia! Pojebane.-Nie czekając na jego reakcję, po prostu opuściłem budynek wręcz kipiąc ze złości. Gdzieś w czeluściach wielkiej kieszeni znalazłem ledwo napoczętą paczkę papierosów. Trzęsącymi rękoma wyjąłem miętowe ukojenie zawinięte w bibułkę oraz żółtą zapalniczkę. Odpalić udało mi się dopiero za trzecim razem. Zaciągnąłem się najmocniej jak potrafiłem,  a następnie równo z wypuszczeniem dymu, pozwoliłem łzom płynąć. Szybko  nabrałem kolejną dawkę powietrza trującego moje płuca. Na szczęście na ulicy nie było nikogo. Zupełna pustka w Los Angeles, wręcz niespotykana nawet na takich obrzeżach jak to. Najwidoczniej los mi sprzyjał. Wciągnąłem tlen nosem i skręciłem w jakąś uliczkę nieopodal, zaraz za nią w kolejną i następną, i znów skręt. Dostateczną ilość razy by nie mieć pojęcia gdzie jestem. Nie zależało mi na powrocie. Byłem jak małe dziecko, uciekające od mamy, która czegoś mu zabroniła. Nie powinienem się złościć, ale łzy płynęły same, były strumieniem nie do zatrzymania, niczym potok tuż u podnóża góry. Chciałem całą noc przesiedzieć w samotności, wśród czerni zmierzchu i kolorowych grafitti LA. Z drugiej strony marzyłem o niemożliwym. O zdarzeniu niczym z taniego romantyka, gdzie okazuje się, że moja miłość jest odwzajemniona, a chłopak przeszukuje wszystkie zakamarki miasta by mnie znaleźć. Spojrzałem na telefon. Nawet nie próbował dzwonić, rzuciłem komórkę na ziemię. Trzask oświadczył, że moja szybka jest już pokryta pęknięciami. Wyjąłem kolejnego papierosa i usiadłem obok strzaskanego urządzenia. Wciąż działał, mocne z niego cholerstwo. Zaczynało coraz bardziej się ściemniać. Odrzuciłem przychodzące połączenie od managera. Potrafię o siebie sam zadbać. Chyba. Po wyrzuceniu peta moja głowa stała się dużo cięższa. Zmęczone płaczem powieki zaczęły opadać, a świadomość coraz bardziej zanikać. Gdyby nie głośne, szybkie kroki, na pewno bym zasnął. Na dźwięk swojego imienia gwałtownie wstałem, tego nie spodziewałem. Byłem pewien, że nie podejmie się poszukiwań, w końcu bał się ciemności, nie wspominając już o całkowitym braku orientacji w terenie. Wbiegł zdyszany. Tak. To zdecydowanie był chłopak, którego kochałem najmocniej na świecie. Jego twarz była zapłakana tak bardzo jak moja. Powinienem poczekać aż powie co mu leży na sercu, ale nie potrafiłem. Szybko go popchnąłem i przykleszczyłem do muru.
-Nie obchodzi mnie co masz do powiedzenia. Po prostu przyrzeknij, że mnie nie zostawisz. Możesz zostawić zespół, porzucić karierę, wytwórnię, kraj, cokolwiek. Tylko nie mnie. Wiem, że jestem egoistą ale nie dam sobie rady bez ciebie. Naprawdę cię potrzebuję. - Odepchnął mnie od siebie i teraz to on przyparł mnie do równoległej ściany. Z zapartym tchem czekałem na rozwój wydarzeń. Zacząłem domyślać się jego zamiarów, zwłaszcza po tym jak bardzo przybliżył swoją twarz do mojej. Gdy nasze usta były już blisko siebie, do uszu dobiegł mnie drażniący dźwięk. Mianowicie mój dzwonek. Dopiero teraz spostrzegłem, że nie wszystko jest we właściwym porządku. Niebo było przeraźliwie jasne, jak o 12 w południe. Czas jakby stanął w miejscu, chłopak przy mnie nawet nie mrugał, nawet miejsce, w którym byliśmy różniło się od mojej poprzedniej, ustronnej uliczki. Znowu chciałem płakać. Półprzytomny zacząłem dłonią przeczesywać ziemię, miałem nadzieję, że jeśli nie otworzę oczu sen nie zniknie. Odebrałem więc na oślep i ospale mruknąłem do słuchawki.
-Jiyong błagam nie rozłączaj się. - Szybko podniosłem powieki, lecz widziałem niewiele więcej niż wcześniej.
-Wiem wiem, wiem, że jesteś wściekły. Ale proszę, pomóż mi. Jesteś jedyną osobą, do której mogę zadzwonić. Nie mam nic przy sobie. Nie widzę żadnego sklepu. -  Wstałem gwałtownie. Miał rację, byłem wściekły. Jednak fakt iż prosi o pomoc przepełnił mnie tak wielkim strachem, że całkowicie zapomniałem o wcześniejszym uczuciu. Serce zaczęło mi walić.
-Co się dzieje i gdzie jesteś? - Z góry wiedziałem o co chodzi. Wybiegłem z zaułku szukając wzrokiem jakiegokolwiek miejsca, gdzie mógłbym kupić coś słodkiego. - Nie jestem pewien, jest ciemno, nie znam okolicy. - Wielki neon monopolowego wręcz uderzył mnie w oczy, rzuciłem się więc pędem w jego stronę.
-Tabliczka, Ri, szukaj jakiejkolwiek tabliczki z nazwą. A co z objawami? Jakie stadium?
-Na razie tylko drgawki. - Jego trzęsący głos potwierdził to, o czym przed chwilą zapewnił.
-Jak to tylko drgawki? To bardzo aż, kurwa drgawki!
-Nie przeklinaj, bo to w chuj nieładnie.
-Żartowniś się znalazł. Usiądź ma ziemi i oddychaj spokojnie biorąc głębokie wdechy. - Tym razem odpowiedział mi tylko pomruk pełen bólu.
-Poproszę miód! - Krzyknąłem już od progu do znudzonego, na oko - dziewiętnastolatka. Spojrzał na mnie jakbym był niepełnosprawny umysłowo, ale w milczeniu zaczął przeszukiwać regały sklepowe. Bez namysłu go popędziłem, przez co wręcz spiorunował mnie wzrokiem. Jego wyraz twarzy zmienił się sobie gdy wcisnąłem mu do ręki banknot wielokrotnie przekraczający wartość maleńkiego słoiczka złocistego płynu. Sprawdził jego prawdziwość i zadowolony schował do kasy. Ja już byłem na zewnątrz.
-Seungri nie rozłączaj się. Szukaj charakterystycznych znaków. Co widzisz?
-Nie wiem, jest ciemno. - Coraz bardziej słabł.
-Ri... Cokolwiek. Proszę.
-Jakiś kościół. - Zacisnąłem zęby na wardze. Byliśmy w Los Angeles. To nie był żaden znak szczególny, raczej "element wystroju" połowy ulic. Serce waliło mi coraz szybciej. Bałem się, że nie zdążę.
-Moment, dwa kościoły, dwa obok siebie. - To wciąż niedużo mi dawało. Stałem na ulicy nerwowo kręcąc się w kółko. Nie miałem nawet pojęcia w którą stronę powinienem biec.
-Ji wiem! Rozpoznaję to miejsce. Nie widzę tabliczki, ale wydaje mi się, że to Temple Street.
-Ulica z pierwszego wyjazdu do LA? To samo Temple?
-Nie wiem, tak mi się wydaje. - Syknął z bólu, a ja wróciłem do sklepu.
-Którędy na Temple Street? - Wróciłem się i wrzasnąłem do wciąż przysypiającego młodzieńca. Jego stosunek do mnie był zupełnie inny niż gdy po raz pierwszy wtargnąłem do środka. Szybko wytłumaczył mi prostą drogę na moją docelową ulicę. W podzięce znów obdarowałem go banknotem o wysokim nominale. Bez wątpienia była to jego najlepsza zmiana w historii.
-Jiyong proszę nie bądź na mnie zły. Wiesz dobrze.... jak wiele dla mnie znaczysz. Kocham cały zespół, ale ciebie... Nie potrafię określić kim dla mnie jesteś... Zawsze trzymałem... Cię... Na dystans... Bo bałem się że właśnie to się stanie... Że pokocham ciebie a ty mnie bardziej niż powinniśmy... - Ledwo widziałem gdzie biegnę, moje oczy były już tak bardzo załzawione. Ściskałem telefon przy uchu najmocniej jak potrafiłem, tak jakby to miało mu jakoś pomóc. - To nie tak, że robię sobie przerwę bo takie mam widzimisię... Nie umiem pogodzić muzyki z filmem... Lekarz powiedział że powinienem zrezygnować całkiem z wszelkich aktywności... Od niedawna moja cukrzyca jest kwalifikowana jako pierwszego stopnia... Niedługo przyjdą wyniki szczegółowych badań moich nerek... Choć nie spodziewam się pozytywnych wieści... - Dygotał między zdaniami. - Ale ostatecznie mogę wybrać jedną czynność... Nie chciałem pokazywać wam jak słaby jestem... Jiyong muszę odpocząć od ciebie, bo gdy cię widzę, serce mi wali. Chcę opanować uczucia, zanim umrę. Nie chcę ci psuć życia.
-Co powiedziałeś? - Teraz to ja się trzęsłem coraz lżej zaciskając palce na małym słoiczku. Na szczęście byłem już blisko.
-Ji... Chce mi się spać. - Musiałem bardzo postarać się żeby go w ogóle usłyszeć, a tym bardziej zrozumieć.
-Nie zasypiaj... Błagam nie zasypiaj! - Wrzeszczałem mijając wcześniej opisane kościoły. Dostrzegłem go z oddali w mroku, trzęsącego się, z kołyszącą na boki głową. Rzuciłem telefon w bok i popędziłem najszybszym w życiu sprintem. Upadłem obok niego na kolana i wygrzebałem miód na palec. Nie wiedziałem czy śpi czy po prostu nie jest w stanie uchylić powiek. Otworzyłem słoiczek, i szybko ręką chwyciłem jego podbródek. Drugą dłoń zanurzyłem w lepiącej się mazi. W myślach błagałem nie wiadomo kogo o pomoc. Poczułem ruchy jego języka. Spojrzałem na zegarek i zacząłem odliczać 10 minut wciąż pomału dawkując mu miód. Na szczęście nie zdążył zemdleć. Powoli wracał do normalnych barw. Czas mijał tak cholernie powoli. Tik tak... Tik... tak...tik...
-Spociłeś się jak świnia. - Powiedział cicho, wywołując na mojej twarzy szeroki uśmiech.
-Uwierz mi, nie wyglądasz lepiej. - Wreszcie to on się rozpromienił. Chwyciłem jego już teraz normalną twarz w dłonie.
-Nigdy więcej nie mów o swojej śmierci, nie umierasz i nie masz zamiaru w najbliższym czasie, rozumiemy się?
-Jiyong... ale moje wyniki...- Spochmurniał.
-Damy radę, rozumiesz? Damy radę. Odpoczniesz, zastosujesz odpowiednią dietę. Damy radę. Z tym możesz żyć, idioto. Ja bez ciebie nie.
-Mówisz jak mój lekarz.- Wykrzywił twarz w grymas niezadowolenia.
-Pan Lee mówi, że nie może bez ciebie żyć? - Uderzył mnie w plecy.
-Dureń. -Przybliżył się do mnie odrobinę oblizując wargi, by za chwilę zaskoczyć mnie i połączyć je z moimi w delikatnym pocałunku.
-Seungri...-Wyjąkałem zszokowany nie wiedząc co powinienem zrobić. Serce waliło mi jak nigdy wcześniej. To było to o czym od tak dawna marzyłem? O to mi chodziło gdy wyjawiałem życzenia spadającym gwiazdom? Tak, to zdecydowanie było to. Znów przycisnąłem swoje usta do jego i tym razem to ja przejąłem inicjatywę. Pieściłem go najlepiej jak potrafiłem, a on nie zaprotestował nawet przez sekundę, wręcz przeciwnie. Starał się oddawać mi przyjemność w jak największym stopniu. Nie zdawał sobie sprawy, że nie musiał nic robić bym czuł się szczęśliwy, wystarczyłby sam jego byt przy mnie. Jednakże nie chciałem wyprowadzać go z błędu. Aktualna sytuacja bardzo mi się podobała. Całowałem się z ukochanym, który odwzajemniał moją miłość, jakoby prawdziwa, tęczowa projekcja romantyczna. Nic, tylko płakać ze szczęścia












to be continued....
maybe....



niedziela, 3 maja 2015

See you

Opis: Kim Taehyung wybiera się na dyskotekę.
Pairing: Vkook
Liczba słów: 949




-No to dziś troszkę pozaliczamy, Taetae. - Powiedziałem do swojego odbicia w lustrze jednocześnie klepiąc się w policzki w celu rozprowadzenia ostatniej warstwy wody kolońskiej na ciele. Na moją twarz wpełzł wielki uśmiech gdy upewniłem się, że asortyment na dzisiejszą noc znajdował się na miejscu. Czekają na mnie dziś trzy kobiety, pozbawione cnotliwości, lecz urody wręcz przeciwnie. Na samą myśl nie mogłem się doczekać nim znajdę się już w klubie. Na szczęście nie musiałem na to długo czekać, po maksymalnie 10 minutach odkąd podziwiałem swoje odbicie w domu, stałem przy napakowanym ochroniarzu. Łysy kark miał za zadanie sprawdzić czy nie stwarzam zagrożenia dla innych uczestników zabawy. Jego przeszukanie jednak ograniczało się tylko do przelotnego przejechania dłońmi po moim tułowiu, gdyż zajęty był bajerowaniem sztucznie wyglądającej brunetki. Miała w sobie więcej silikonu niż moje okna, a usta, nie muśnięte, ale wymuskane czerwoną, jarzącą się z oddali szminką. Prychnąłem na tyle głośno, by wyraźnie usłyszała moją ogarniającą już nawet żołądek odrazę. Szybko wślizgnąłem się do środka by nie zmuszać faceta do dalszego sprawdzania mnie, tym samym przerywając mu zdobywanie laluni, oraz przede wszystkim by pozbawić tę dwójkę możliwości obejrzenia mojego dzisiejszego obiadu z bliska. Włożyłem ręce do kieszeni. Miałem ustalony z góry cel, więc skupiłem się na tym, by go najpierw odnaleźć, a później doprowadzić swój plan do sedna. Nie było ciężko, rzucała się w oczy, machając biodrami owiniętymi tylko skąpym, brokatowym materiałem służącym jako tania spódniczka. Przygotowany byłem na dłuższą noc, więc odrobinę się zawiodłem gdy już po kilku minutach była gotowa na najważniejsze pytanie. Wyraz jej twarzy po moich słowach "Może przejdziemy się do łazienki?", wyszeptanych prosto do jej obciążonego kilkunastoma kolczykami ucha, nie ucieknie z mojej pamięci już nigdy. Zgodnie zdecydowaliśmy się na męską ubikację, gdyż tam zazwyczaj jest mniej ludzi, zwłaszcza tych trzeźwych. Poszło szybko, ale musiałem bardzo starać się by nie ubrudzić podłogi, którą widać było od razu po wejściu do pomieszczenia. Ku mojemu zaskoczeniu, zmuszony byłem przez krótką chwilę położyć jej dłoń na ustach, bo była zbyt głośna. Umyłem ręce, ułożyłem fryzurę i poprawiłem spodnie. Byłem gotowy na kolejną zdobycz. Nastał czas na blondynę. Szybko zacząłem szukać jej wzrokiem. Dziewczyna jakby wyczuła, że dziś ją odwiedzę, gdyż odnalazłem ją w najciemniejszym kącie jaki można było znaleźć w całym klubie. Siedziała na szerokiej sofie w rogu strefy vip. Sama. Pewnym krokiem podszedłem do stolika i zagaiłem pytając czy mogę do niej dołączyć. Tak jak myślałem, zgodziła się, ochoczo kiwając głową i wprawiając wypłowiałe blond włosy w ruch. Spojrzałem na godzinę, niedługo dochodziła północ, lecz tą nie miałem ochoty bawić się zbyt długo. Sprawiała wrażenie naprawdę tępej i niezdatnej do jakiejkolwiek rozmowy wymagające myślenia. Z daleka od spojrzeń wszystkich obecnych w klubie, objąłem ją ramieniem i przysunąłem do siebie. Wystarczyło kilka słów wyszeptanych zmysłowo, by siedziała cała zdrętwiała. Nie miałem czasu, więc od razu zaatakowałem swoją "zdobycz", a chwilę później już musiałem kłaść palec na jej usta by uciszyć jej wysokie piski. Przyszła pora na deser. Tym razem musiałem zrobić to na parkiecie. Zdawałem sobie sprawę, że teraz przestanę być niezauważony, ale opłacało się, choćbym zaraz miał znaleźć się w radiowozie policyjnym gdyby coś poszło nie tak. Jest i ona. Włosy opadające na jędrny biust, talia zwężona niczym u osy, wyrzeźbione pośladki i zgrabne nogi zakończone czarnymi, seksownymi szpilkami. Całości uroku dodawała krótka sukienka w tym samym kolorze co buty, bez zbędnych dodatków, prosta i nęcąca dla wszystkich mężczyzn. Cóż... Prawie wszystkich. Na pewno nie dla mnie. Może gdyby moja orientacja nie odrzucała od razu ludzi bez tosteronu, mógłbym zainteresować się tańczącą "damą". Była ostatnia, więc moja technika miała wyglądać zupełnie inaczej. Tym razem miałem to zrobić przy tłumie ludzi, najodważniejsza rzecz jaką zrobię w życiu zaraz się rozpocznie. Opróżniłem połowę butelki. Doskonale wiedziałem, że muszę się spieszyć. Miałem mało czasu, więc bez dłuższego zastanowienia przytuliłem ją od tyłu.
-Witaj, skarbie.-Powiedziałem, a właściwie wykrzyczałem jej do ucha, a ona odwróciła się szybko i zaplotła ręce na mojej szyi.
-Czy my się przypadkiem nie znamy? Kojarzę twoją twarz!- Jej głos przedarł się poprzez huczącą muzykę.
-Chyba jeszcze nie miałem takiej przyjemności.- Zaśmiała się i zaczęła ocierać się o moje ciało. Poczułem jak mimowolny grymas wchodzi na moją twarz. Choćbym nie wiem jak bardzo się starał, nie potrafiłem sztucznie się do niej uśmiechać. Zdecydowałem więc, że spytam ją o to, co pozostałą dwójkę, lecz w innej kolejności. One odpowiadały gdy były już na skraju świadomości, ona miała zrobić to teraz. Gwałtownie przyciągnąłem ją do siebie.
-Kojarzysz kogoś takiego jak Jeon Jungkook?- Dosłownie wywarczałem tuż przy jej głowie modląc się by usłyszała. Nie musiałem się martwić. Momentalnie zdrętwiała.
-Już wiem skąd cię znam.-Powiedziała ledwo trzymając się na nogach. Spróbowała mnie odepchnąć, ale jej na to nie pozwoliłem.

- Nie zgubiłaś gdzieś przypadkiem przyjaciółek, kochanie?

-Co im zrobiłeś?!-Krzyknęła
-To, co im się, kurwa, należało. Gdyby nie ty i te dwie suki mój chłopak wciąż by żył.
-Popełnił samobójstwo, nie moja wina, że miał słabą psychikę.- Trzęsła się.

-A czy sam sobie zniszczył życie, sam siebie ośmieszył, sam sobie, kurwa, zrobił to wszystko?!- Osoba stojąca niedaleko spojrzała na mnie przerażonym wzrokiem. Przez dłuższą chwilę stałem nieruchomo ściskając dziewczynę, która nie wiedziała co zrobić. Wreszcie, wyjąłem wcześniej przygotowany nóż z kieszeni.
-Jesteś śmieciem.- Powiedziałem przez zęby powoli wbijając ostrze po raz pierwszy. - Nic nie wartą suką niszczącą ludzi.- Drugi raz. Nikt jeszcze nie zwrócił uwagi. -Dziwką sprzedającą się za drinka.- Trzeci. -On ciebie nie chciał, brzydził się tobą tak bardzo jak ja.- Czwarty.- Wracał wtedy ode mnie.- Piąty.-Mała, wredna, nic nie warta.-Szósty.- Do zobaczenia w piekle. Kookie już na ciebie czeka, niedługo się zobaczymy.- Siódmy raz, a ona dopiero zaczęła krztusić się własną krwią. Teraz zobaczyłem jak wielka panika panuje wokoło. Wygrzebałem tabletki i połknąłem drugą połowę buteleczki. Do zobaczenia w piekle.



środa, 15 kwietnia 2015

What the fuck you want?

Nie wiem czy mogę to dołączyć do urodzinowych shotów ale well dodam.
Opis: inspiracja teledyskiem  RM- JOKE
Oczywiście podmiotem lirycznym jest Namjoon, przegapiłam i nie dodałam nigdzie jego imienia.
Liczba słów: 922



















Poczułem czyjąś zimną dłoń zaciskającą się na mojej szczęce. Byłbym skłonny udawać, że wciąż niezbyt smacznie śpię, lecz paznokcie zbyt mocno wbijały mi się w skórę żuchwy. Syknąłem głośno gdy ból się powiększył i niechętnie uniosłem powieki. Szeroki uśmiech na twarzy blondyna świadczył o tym, że ma dla mnie przygotowane coś specjalnego. Nabrałem w płuca dużą dawkę powietrza, bo wiedziałem, że za moment mi się przyda. Mężczyzna pochylił się nade mną i zaczął całować. Mój zebrany wcześniej tlen był przydatny przez kilka pierwszych sekund. On jednak nie zważał na to, że nie dawałem rady. Metalowe pręty wrzeszczały głośno dopóki ich dźwięku nie zastąpił mój paniczny, urywany oddech. Facet w kitlu zaśmiał się szyderczo. Miałem ochotę po prostu opluć mu tą wyszczerzoną twarz, lecz doskonale wiedziałem, że moja satysfakcja po tym byłaby niewarta bólu sprawionego mi później za karę. Bez ostrzeżenia chwycił materiał na mojej piersi i podniósł za niego do góry. Moje skrępowane w kaftanie ręce rwały się by odpłacić i zadać krzywdę oprawcy. Niestety ich zasięg nie był większy niż skóra na moim brzuchu. Wciąż ciężko wypuszczałem powietrze, ale teraz przynajmniej czułem, że do mojej twarzy powróciła krew. Jedyne co mogłem aktualnie zrobić było ciche rzucanie przekleństwami, które słyszał tylko koniuszek mojego nosa. Nie wiedzieć czemu do wykonania tej czynności wybrałem język angielski zamiast ojczystego. Mężczyzna ruszył do przodu wciąż trzymając mnie za kawałek szmatki, przez co mogłem jedynie nieudolnie kuśtykać za nim, na pół pochylony, potykając się co kilka kroków. Kolejny raz dziękowałem w duchu za to, że jego "gabinet" znajduje się tak blisko mojego pokoju. W sumie nie powinienem nazywać tego pokojem, znacznie bardziej pasowałoby określenie "cela". Zimna, bezduszna cela, miejsce w którym żyłem. O ile było to prawdziwe życie. Prędzej zwykła egzystencja, istnienie, byt lub inne bezwartościowe określenie. Drzwi oczywiście były zamknięte, musiałem więc poczekać zanim wygrzebie on z głębi kieszeni pęk dźwięczących kluczy, których większości przeznaczenia, na szczęście, nie znałem. Zamek wesoło szczęknął i pomieszczenie rozpaczy stanęło przed nami otworem. Ku mojemu zdziwieniu wciąż nie było z nami strażnika, ani w środku, ani na korytarzu za szybą. Zostałem rzucony na wielkie, prawdopodobnie dentystyczne (lub co gorzej, ginekologiczne) krzesło. Było zbyt zniszczone by określić jego wcześniejsze przeznaczenie. Poczekałem aż zostanę uwolniony by móc oprzeć się o kawałek obitego drewna za mną. Rozejrzałem się dookoła. Nic się nie zmieniło. Każdy przedmiot leżał lub wisiał na swoim miejscu. Wyczułem tu jednak coś innego niż zwykle. Koreańczyk podszedł po mnie i rozwiązał ciążący mi tak bardzo kaftan bezpieczeństwa. Nie przyzwyczajając się do uczucia wolności przygotowałem się do skrępowania dwóch kończyn kajdankami. Ku mojemu zdziwieniu nic takiego się nie wydarzyło.
-Dziś wypróbujemy czegoś nowego, zaraz po twoim ulubionym zastrzyku przejdziemy do nowości. - Stuknął palcem wskazującym w igłę. Tu musiałem przyznać mu rację, był to mój ulubiony specyfik. Uśmierzał ból i omamiał, przez co nie musiałem cierpieć tak bardzo. Bałem się jednak co przygotował na później, skoro miał zamiar mi go podać. Wbił się w moje ciało i już po kilku sekundach płyn zaczął krążyć wśród mojego układu krwionośnego. Udał się do białego blatu i zajął mieszaniem czegoś. Spojrzałem na swoje dwie wolne ręce i nogi, nie dowierzając, że mogę nimi ruszać. "To moja jedyna szansa"- pomyślałem i zacząłem rozglądać się po pomieszczeniu. Niby znałem je tak dobrze, ale jednak gdy przyszło co do czego musiałem porządnie zastanowić się gdzie mogę znaleźć jakiś nadający się przedmiot. Zaczynałem mieć mroczki przed oczyma, zaraz zacznę być pół-śpiącym pacjentem. Musiałem się pospieszyć.  Mój wzrok napotkał leżący obok skalpel. Pomimo ciężkich ruchów, udało mi się podnieść go prawie bezszelestnie.  Tak mi się przynajmniej wydawało, bo nie odwrócił się. Nogi mi się trzęsły ze strachu i z powodu substancji wyżerającej mi na pewien czas część mózgu odpowiedzialną za umiejętność logicznego myślenia. Serce waliło mi tak szybko, że aż się zdziwiłem, że on wciąż go nie słyszał.  Lub udawał, że dźwięk ten nie dociera do jego uszu. Skalpel drżał z dużą częstotliwością, ale musiałem dać radę. Więcej mogłem nie mieć takiej okazji. Gdy brałem już się za zadanie ciosu, on odwrócił się z szerokim uśmiechem.
-Wreszcie jakaś inicjatywa.- Powiedział, a ja już nie miałem szans  by się wycofać. Dźgnąłem go prosto w pierś, starając się trafić jak najbliżej serca. Nie byłem pewien czy mi się to udało przez latające przede mną ciemne plamy. Wbiłem jednak metalowe narzędzie najgłębiej jak mogłem. Gdy czułem, że zadomowiło się w jego ciele na stałe, odsunąłem się przerażony, ledwo stojąc na nogach. Krew szybko brudziła jego nieskazitelny wcześniej kitel. Upadając pociągnął za sobą rzeczy znajdujące się na półce, powodując tym niewyobrażalny huk. Hałas przyciągnął strażnika, ubrany w niebieski uniform wbiegł zanim zdążyłem doliczyć do pięciu. Stanął na środku i zaczął mierzyć mnie i wykrwawiającego się lekarza wzrokiem. Spojrzałem na niego między plamami i zauważyłem, że wyglądał zupełnie jak katujący mnie wcześniej mężczyzna. Dopiero teraz moją uwagę przykuło to, że jego strój również przesiąka krwią. Upadł na kolana, a ja ciężko usiadłem na krześle przykładając dłoń do ust. Jeszcze raz rzuciłem okiem na ich twarze, nie mogąc uwierzyć temu, co widzę. Nie wiem dlaczego wcześniej tego nie spostrzegłem. Ich twarz była moją twarzą. Zwróciłem głowę w dół. Byłem prawie niewidomy, jednak wciąż docierały do mnie wiązki świata. Co on dodał do tego zastrzyku? Mignęła mi moja własna pierś. Wytężyłem więc wszystkie siły by zobaczyć więcej. Udało się, wzrok wyostrzył się. Teraz widziałem dokładnie. Krwawiłem. Biały podkoszulek był zmoczony, a spod niego wystawał mi kawałek metalu. Kołysząc się, ostatni raz zlustrowałem dwa ciała leżące na ziemi. Uniosłem dłoń w celu ostatniego pomachania. Zrobiłem ruch zasięgu kilku centymetrów i upadłem.








A: A teraz jak na języku polskim ładnie interpretację proszę.

~nansi

niedziela, 5 kwietnia 2015

3.

Typ:   AU
Ograniczenia: Przekleństwa/zbliżenia dwóch mężczyzn
Pairing: Vkook ~Kim Taehyung x Jeon Jungkook

Zarys fabuły:
Odległa przyszłość. Świat opanowują kosmici, jednak ludzie muszą udawać, że ich życie się nie zmieniło, toczy się dalej, a otaczające ich istoty to rasa taka sama jak oni sami. W razie sprzeciwu zostają zabici.












                                                                  
                                    I promise.






-Jungkook! - Znajomy głos spowodował ciarki na moich plecach. Odkąd ONI znaleźli się na naszej planecie słyszałem go maksymalnie dwa razy. W sumie zdziwiło mnie to, że jeszcze byłem w stanie tego doświadczyć. Byłem pewien, że Namjoon już nie żyje. To aż do niego niepodobne, że wciąż się nie postawił. Jin spojrzał na mnie przerażonym wzrokiem gdy chłopak zaczął się do nas zbliżać.

-Kook, uciekamy stąd. Będziemy przez niego w tarapatach.-Jego ton był wręcz błagalny.

-To wciąż mój przyjaciel. - Mój głos próbował przeprosić, lecz w sumie nie miał za co. Odwróciłem się, a moim oczom ukazał się obraz nędzy i rozpaczy. Dosłownie każdy fragment garderoby Monstera był podarty w co najmniej jednym miejscu. Jego twarz obdarta, włosy poczochrane a dłonie czerwono-sine. A jednak nie był tak bezczynny. Wiedziałem, że nie da sobą tak pomiatać. W końcu nie bez powodu nazwaliśmy go Monsterem.

-Namjoon. - Moje gardło wydało drżący dźwięk. W ostatnim momencie chwyciłem ledwo stojącego chłopaka za ramiona. Po kilku sekundach postawiłem go w pionie, miałem nadzieję, że pomimo gnących się pod nim nóg, uda mu się pozostać w tej pozycji przez dłuższą chwilę by nie zwracał na siebie zbytecznej uwagi.

-Żyjesz jeszcze Jungkookie? - Jego blady uśmiech wyglądał okropnie. Patrząc na ciało właściciela wyglądał jak doklejony w programie komputerowym.

- Pamiętasz jeszcze stare czasy gdy tych bestii tu nie było?

 -O czym Ty mówisz chłopie?- Zaśmiałem się nerwowo.

-Doskonale wiesz o czym mówię, młody. Naprawdę chcesz być jednym z tych idiotów i udawać, że wszystko jest ok? Chcesz chodzić do pracy i zarabiać na te szatańskie stwory?! - Jego ton był coraz mocniejszy i nabierał głośności.

-Monster proszę, przestań. Porozmawiajmy w domu.

-W domu?! Dobrze wiesz że nie mamy już czegoś takiego jak dom! W sumie niech mnie zabiją, jak resztę moich przyjaciół! Niech zginę w męczarniach, wylewając pot upamiętnieniając to, jacy kiedyś byliśmy, jak spokojnie żyliśmy! Pozdrawiam wszystkich którzy chcą być robotami kontrolowanymi przez bezmózgie bestie! Ja tak żyć nie będę!

-Namjoon. - Wycedziłem przez zaciśnięte zęby. - Przestań.

-Nie kurwa, nie przestanę! Wolę umrzeć, jak Hoseok, jak Jimin, jak Yoongi. Pamiętasz ich jeszcze? Czy też będziesz udawał że nikogo takiego nie znasz?

-Mon...

-Kocham Cię Kook, jesteś moim jedynym przyjacielem, który mi pozostał. Przepraszam więc że nie potrafię żyć tak jak Ty i twój brat.-Gestem wskazał na skulonego za mną Jin'a.

-Naprawdę chciałbym, ale wszystko wydaje mi się zbyt niesprawiedliwe. Pierdoleni kosmici! - Zamilkł i upadł prosto w moje ramiona. Łzy zgromadziły mi się w kącikach oczu gdy na swojej dłoni poczułem coś mokrego. Napływało na moje palce z dużą prędkością, zbyt dużą jak na pot. Po chwili spostrzegłem, że moje powieki są zaciśnięte, więc szybko je podniosłem, czego od razu pożałowałem. Ujrzałem dobrze zbudowanego niby-mężczyznę. Gdyby nie i cztery pulsujące na szyi niewielkie kropki o błękitnym odcieniu, mógłbym pomyśleć że jest to zwykły, po prostu dziwnie ubrany facet.

-Coś nie tak? - Wyszczerzył się szyderczo i schował do kieszeni broń, którą dopiero zauważyłem. Na nadgarstku jarzył mu się kilkucentymetrowy numer B127, który zapamiętałem bez problemu. Mimo ochoty zaatakowania pana B, tylko zacisnąłem wargi i pokręciłem przecząco głową. Przyjechał językiem po ustach i się zaśmiał, choć to na pewno nie brzmiało jak serdeczny śmiech.

-A więc miłego dnia. - Odwrócił się na pięcie.

-Jin, pomóż mi. - Wydałem krótki, suchy rozkaz, a mój przerażony brat założył sobie rękę mojego przyjaciela na ramię. Łzy powoli spływały mi po policzkach, nie potrafiłem ich powstrzymać. W połowie drogi poczułem czyjąś silną dłoń na przedramieniu.

-Młody co się stało? - Głos był głęboki, spokojny, dawał otuchy i miałem ochotę mu powiedzieć, że niosę ze sobą mojego ostatniego przyjaciela, a właściwie jego wątłe ciało, lecz jak się zaraz okazało, błękitne punkty na szyi nie miały mi dać ów spokoju, wręcz przeciwnie.

-Kolega trochę zbyt dużo wypił, sam nie dojdzie do domu. - Uśmiechnąłem się krzywo.

-Rozumiem, rozumiem. Może potrzebujesz pomocy? - Powieka mi drgała, zęby obijały się o swoje równoległe bliźniaczki, ale nie dawałem ponieść się emocjom. Nie mogłem pozwolić mu tak łatwo wygrać.

-Poradzimy sobie.-Odwróciłem głowę w stronę młodszego brata i dałem znak by ruszał. Nogi Monstera włóczyły się za nami szurając głośno o ziemię. Usłyszałem jeszcze śmiech za plecami, który ani trochę nie przypominał wcześniejszego spokojnego głosu. Nie powinienem płakać i przeżywać tego tak bardzo, w końcu on sam tego chciał, dobrze widział co go czeka. To była tylko i wyłącznie jego decyzja, nie był pierwszym którego straciłem po opanowaniu świata. Najgorzej jednak przeszedłem przez stratę rodziców. To bolało najbardziej, gdy straciłem oparcie. Wreszcie na naszym horyzoncie znalazł się szary, podniszczony budynek. Cała moja twarz była już mokra od łez i potu, ostatkami sił wdrapałem się po trzech stopniach. Jin bez słowa otworzył drzwi i pomógł mi ułożyć Namjoona na łóżku. Cała jego koszulka była w krwi, tak jak moja i Seokjina. Poszedłem do szafy i wyjąłem z niej dwie bokserki, jedną dla mnie a drugą dla przyjaciela. Spod zlewu wygrzebałem czystą szmatkę, którą od razu namoczyłem. Mój brat siedział na fotelu, jego twarz nie wyrażała żadnych emocji, jednak w jego oczach widziałem rozrywający smutek, ból, i przede wszystkim strach. Pochyliłem się nad leżącym blondynem, uprzednio kładąc koszulkę przy jego nogach. Zabrałem się za wycieranie go, zaczynając od twarzy. Gdy była już czysta, powoli rozerwałem jego całkowicie czerwony już t-shirt i odwróciłem go na brzuch. Zacząłem drżeć, trzęsącymi się rękoma lekko dotykałem jego pleców, jak gdyby miało mu to sprawić ból. Gdy chciałem wytrzeć epicentrum szkarłatnego zanieczyszczenia, nie wytrzymałem. Po prostu wybiegłem z domu. Nie wiem jak długo gnałem krzycząc, łkając i wyzywając wszystko i wszystkich co znalazłem na drodze. Wreszcie jednak się zmęczyłem i rzuciłem na kolana gdzieś przy placu zabaw na pobliskim blokowisku.

-Skurwysyny! Pierdolone stwory! Czego chcecie?! Co on wam do cholery zrobił, chciał tylko żyć. Chciał móc żyć! Ale czegoś takiego ludzie już nie mogą wykonywać, możemy udawać, możemy być sztuczni tak jak wy. Bez celu krążyć po świecie, bez uczuć. Wiecie co to uczucia?! Oczywiście, że nie wiecie! -Kolejną wiązankę przekleństw powstrzymała dłoń na moich ustach. Ktoś pociągnął mnie do tyłu i zaprowadził w ciemną uliczkę między dwoma blokami.

-Puszczę Cię, ale musisz obiecać że będziesz cicho. Rozumiesz? - Trwało to koło 10 sekund zanim się uspokoiłem i pokiwałem głową. Odsunąłem się dwa kroki i odwróciłem w stronę mojego wybawcy. Miał ciemnobrązowe, schludnie ułożone włosy, biały golf na długi rękaw, który podkreślał jego wąską talię oraz czarne spodnie sięgające przed kostki. Uśmiechnął się do mnie szeroko.

-Czujesz się już lepiej? - Spytał doprowadzając mnie tym samym do wrzenia krwinek w całym ciele.

-Taak, powiedzmy, że tak. - Odparłem z lekką chrypą.

-To niezbyt rozsądne wykrzykiwać takie hasła w środku miasta.

-Co innego mi pozostało?

-Rodzina? - Zagryzł dolną wargę i wlepił we mnie zaciekawiony wzrok.

-Mam już tylko brata.

-Albo aż brata. - Miał rację. Nie doceniałem tego, że wciąż miałem przy sobie Jina. Zostawiłem go samego z ciałem Monstera. Nie potrafiłem wyrazić ku niemu uczuć, choć był dla mnie wszystkim. Zapragnąłem jak najszybciej znaleźć się w domu pomimo przyciągającego seksapilu nieznajomego.

-Chyba będę musiał się już zbierać. - Mój głos był słaby, tak jak ja.
- Na przyszłość... Jestem Jungkook, lub po prostu Kook. - Wyciągnąłem dłoń w jego stronę a on chwycił ją szybko.

-A ja V. - Serce mi przyspieszyło.

-V? - Przełknąłem ślinę, a moje wargi mimowolnie się rozchyliły. Chciałem wyrwać mu się i uciec, lecz trzymał mnie zbyt mocno. Spojrzałem w dół. Dopiero teraz zauważyłem świecące się symbole V947. Kolejny raz dzisiaj serce zaczęło mi walić w rytm pędzących myśli przepełnionych przerażeniem.

-Proszę, nie uciekaj. Proszę. Nie szufladkuj mnie. - Jego głos był wręcz żałosny. - Nie zostawiaj mnie tu tak bez słowa. Też nienawidzę tego miejsca. Nie skreślaj mnie od razu. Proszę. - Zrobiło mi się go naprawdę szkoda, więc ścisnąłem go mocniej za rękę, nie wiedzieć czemu. W odpowiedzi on pociągnął mnie gwałtownie do siebie, a następnie, nie oddalając się ani na centymetr, przyparł mnie do muru. Ciepły oddech pofrunął wzdłuż mojej szyi. Gdyby nie to, że wciąż trzymał moją rękę, mógłbym upaść z powodu trzęsących się nóg. Doskonale wiedziałem, że to był najgorszy z możliwych pomysłów zostać tutaj, lecz nie mogłem się powstrzymać. Staliśmy tak wpatrując się w siebie przez dłuższy czas, dopóki gdzieś w oddali nie rozbrzmiał dźwięk ciężkich, oficerskich butów. Przerażony odskoczyłem od bruneta i dopiero zdałem sobie sprawę, że jest już po godzinie policyjnej i mogę za sekundę zginąć. Stukot stał się dużo głośniejszy. Chowaliśmy się w cieniu dysząc ciężko. Był praktycznie obok nas, widziałem postawną sylwetkę, której gwiazdy na szyi świeciły dumnie i przylgnąłem do nowo poznanego przybysza wystraszony. Minął nas, lecz mój pozorny spokój nie trwał długo, bo oficer odwrócił się na pięcie. Jego twarz znalazła się na tej samej wysokości co moja. Nasze oczy się spotkały, a pod jego nosem pojawił się wredny uśmiech zwycięstwa. Gdy podszedł bliżej, zaobserwowałem w jego ruchach coś na kształt zrezygnowania.

-Kto to i dlaczego tu jest? - Oschłym głosem spytał mojego towarzysza. Skąd wiedział że nie jest człowiekiem?

-Adept. Jest w trakcie ćwiczeń. - Stałem nieporuszony udawając, że wiem o czym mówi. Mężczyzna niepewnie pokiwał głową. Nie chciał dać za wygraną.

-Książeczka. - Warknął i uśmiechnął się po raz kolejny w ten upiorny sposób.

-Wciąż nie wyrobiona. - Przy ostatnim słowie ledwo zauważalnie zadrżał mu głos, wystarczyło to jednak by oficer zrobił krok w naszą stronę.
-Bez dowodu was nie puszczę, nawet ciebie. Tatuś tym razem ci nie pomoże. - Poczułem na plecach jego spinające się mięśnie.
-Błagam, bądź cicho. Bez piśnięcia albo zaraz zginiesz. - Wyszeptał mi tak cicho, że ledwo słyszałem. Nie wiedziałem o co mu chodzi, lecz nie musiałem się zastanawiać długo. Nagle poczułem największy ból jakiego doświadczyłem w całym swoim życiu. Zacząłem szybko oddychać przez nos, szczęka drżała mi nieubłagalnie, a wzdłuż kręgosłupa czułem jakby ktoś wbijał mi wielki szpikulec przejeżdżając nim po całej jego długości. Starałem się wytrzymać, lecz do moich oczu napłynęły łzy. Próbowałem skupić się na czymś innym. Dopiero teraz zrozumiałem, że jedna dłoń chłopaka zaciskała się na moim wykręconym nadgarstku. Od początku chciał mnie oszukać. Jak mogłem dać się tak omamić? Gdy ból zaczął stawać się lżejszy, poczułem coś jeszcze. Mianowicie gładzącą mnie delikatnie po plecach rękę. Robił to przez cały czas? O co chodziło?
-Powtarzam ostatni raz: podejdź do mnie albo inaczej porozmawiamy. - Ostatni? Czyżbym nie słyszał wcześniejszych próśb? Uścisk zelżał, a ból minął. Z trudem, ale udało mi się zrobić krok na przód, a zdenerwowany żołnierz poszarpnął mnie za rękę i przyciągnął. Bez skrupułów zadarł moją koszulkę do góry. Poczułem się jak przedmiot, jak towar na bazarze. -Złaźcie mi z oczu. - Rzucił gdy skończył mi się przyglądać, a V od razu chwycił mnie pod ramię i zaczął prowadzić do przodu. Spostrzegłem że nie mam pojęcia gdzie jesteśmy. Naprawdę odbiegłem aż tak daleko? Po jakiś pięciu minutach szybkiego marszu zacząłem rozpoznawać okolicę. -Skąd wiesz gdzie mieszkam?- Nie odpowiedział mi, tylko gwałtownie się odwrócił i pocałował mnie natarczywie. Chwycił moją twarz w dłonie i spojrzał mi głęboko w oczy.
-Przyrzekam że ci pomogę. - Jego przepraszający ton chwytał mnie za serce, ale nie mogłem się poddać.
 -Pomożesz... W czym pomożesz? Coś ty mi do cholery zrobił?! - Byłem już naprawdę zdenerwowany i chciałem dowiedzieć się o co chodzi. Znów nie wydobył z siebie ani słowa. Miałem ochotę go uderzyć, lecz wiedziałem że to niczym walka z wiatrakami.
Szybko podniosłem swoją koszulkę tak jak wcześniej oficer, i zamarłem. Na mojej klatce piersiowej, między dwoma sutkami, jarzyła się duża, niebieska litera "A" oraz malutka kropka obok niej.

-JESTEM CHOLERNYM KOSMITĄ?! -Wrzasnąłem.










Obserwatorzy