Ograniczenia: -
Długość: 1877 słów
Cyklicznie, dokładnie po 7 sekundach od wcześniejszego
pukania w drzwi, do moich uszu znów dobiegł ten sam dźwięk.
-Hyung... - Żałosny głosik kolejny raz przedarł się przez kawałek gipsu i drewna dzielący nas od siebie. Wstałem z krzesła, ale zabrakło mi odwagi by przekręcić klucz. Zdążyłem naliczyć do 10, a po drugiej stronie wciąż panowała cisza. Zacząłem się denerwować i uważnie słuchałem odgłosów dochodzących z korytarza. Usiadłem na ziemi opierając się plecami o zimną ścianę. Wyobraziłem sobie jak maknae robi to samo jakiś metr dalej, niedostępny dla moich oczu. Westchnąłem głośno.
-Jiyongah... - Serce zaczęło mi mięknąć, a wargi puszczać uwięzione przez nie zęby. - Naprawdę nie chciałem żeby to tak wyszło. Nie chciałem tego powiedzieć, sam dobrze wiesz, że to nieprawda. Ten MC... ahhh... kto pozwolił mu prowadzić tak ważny program. Wiem, nie mogę zrzucić na niego całej winy. Ale przyrzekam, że miałem z wami porozmawiać na dniach. Uwierz mi. Nie mam pojęcia skąd oni wiedzieli. Leader hyung... - Ton jego głosu zawsze potrafił tak wiele zdradzić. I tym razem miałem przez niego ochotę wybiec, przytulić chłopaka i głaszcząc, powtarzać, że rozumiem, że damy radę, że ma przestać płakać. Bo tak właśnie powinno teraz być, nie powinienem ocierać łez ze swoich policzków, tylko jego. Nie słuchać jego przeprosin, tylko go pocieszać.
-Jiyongah... Dobrze wiesz jak wiele dla mnie znaczy zespół. Przepraszam, Jiyongah... - Gwałtownie otworzyłem drzwi.
-Mogłybyś chociaż teraz przestać kłamać! Nie wiem, nic, kurwa, nie wiem! Wiem tylko że przez cały czas łgałeś nam prosto w twarz, że plułeś słowami przepełnionymi kłamstwami. Masz rację, zapomnij o wszystkim! Zapomnij o nas, o tym, co przeszliśmy razem, o naszych przygodach, o tym, jak wspinaliśmy się na sam szczyt! Po prostu o każdej spędzonej wspólnie chwili!
-Ji wiesz że to nie tak... - Ledwo potrafiłem zrozumieć co mówi przez jego szloch.
-A niby jak?! Wiesz, może miałbym to w dupie, tak jak Ty, gdyby nie to, że Cię kurwa kocham! Tak, kocham cię. Nie jako przyjaciel, nie jako lider, tylko jako zakochany w tobie po uszy idiota. Żałuję, ale nie potrafię inaczej. Myślisz że dlaczego znosiłem to, że byłeś z tą dziwką, która zdradzała Cię przy każdej możliwej okazji? Znosiłem gdy przychodziłeś potem do mnie z płaczem, serce mi pękało, miałem ochotę ją udusić, ale ty mi nie pozwalałeś nic zrobić. Bo ty kochałeś ją, a ja kochałem ciebie. U-czu-cia! Pojebane.-Nie czekając na jego reakcję, po prostu opuściłem budynek wręcz kipiąc ze złości. Gdzieś w czeluściach wielkiej kieszeni znalazłem ledwo napoczętą paczkę papierosów. Trzęsącymi rękoma wyjąłem miętowe ukojenie zawinięte w bibułkę oraz żółtą zapalniczkę. Odpalić udało mi się dopiero za trzecim razem. Zaciągnąłem się najmocniej jak potrafiłem, a następnie równo z wypuszczeniem dymu, pozwoliłem łzom płynąć. Szybko nabrałem kolejną dawkę powietrza trującego moje płuca. Na szczęście na ulicy nie było nikogo. Zupełna pustka w Los Angeles, wręcz niespotykana nawet na takich obrzeżach jak to. Najwidoczniej los mi sprzyjał. Wciągnąłem tlen nosem i skręciłem w jakąś uliczkę nieopodal, zaraz za nią w kolejną i następną, i znów skręt. Dostateczną ilość razy by nie mieć pojęcia gdzie jestem. Nie zależało mi na powrocie. Byłem jak małe dziecko, uciekające od mamy, która czegoś mu zabroniła. Nie powinienem się złościć, ale łzy płynęły same, były strumieniem nie do zatrzymania, niczym potok tuż u podnóża góry. Chciałem całą noc przesiedzieć w samotności, wśród czerni zmierzchu i kolorowych grafitti LA. Z drugiej strony marzyłem o niemożliwym. O zdarzeniu niczym z taniego romantyka, gdzie okazuje się, że moja miłość jest odwzajemniona, a chłopak przeszukuje wszystkie zakamarki miasta by mnie znaleźć. Spojrzałem na telefon. Nawet nie próbował dzwonić, rzuciłem komórkę na ziemię. Trzask oświadczył, że moja szybka jest już pokryta pęknięciami. Wyjąłem kolejnego papierosa i usiadłem obok strzaskanego urządzenia. Wciąż działał, mocne z niego cholerstwo. Zaczynało coraz bardziej się ściemniać. Odrzuciłem przychodzące połączenie od managera. Potrafię o siebie sam zadbać. Chyba. Po wyrzuceniu peta moja głowa stała się dużo cięższa. Zmęczone płaczem powieki zaczęły opadać, a świadomość coraz bardziej zanikać. Gdyby nie głośne, szybkie kroki, na pewno bym zasnął. Na dźwięk swojego imienia gwałtownie wstałem, tego nie spodziewałem. Byłem pewien, że nie podejmie się poszukiwań, w końcu bał się ciemności, nie wspominając już o całkowitym braku orientacji w terenie. Wbiegł zdyszany. Tak. To zdecydowanie był chłopak, którego kochałem najmocniej na świecie. Jego twarz była zapłakana tak bardzo jak moja. Powinienem poczekać aż powie co mu leży na sercu, ale nie potrafiłem. Szybko go popchnąłem i przykleszczyłem do muru.
-Nie obchodzi mnie co masz do powiedzenia. Po prostu przyrzeknij, że mnie nie zostawisz. Możesz zostawić zespół, porzucić karierę, wytwórnię, kraj, cokolwiek. Tylko nie mnie. Wiem, że jestem egoistą ale nie dam sobie rady bez ciebie. Naprawdę cię potrzebuję. - Odepchnął mnie od siebie i teraz to on przyparł mnie do równoległej ściany. Z zapartym tchem czekałem na rozwój wydarzeń. Zacząłem domyślać się jego zamiarów, zwłaszcza po tym jak bardzo przybliżył swoją twarz do mojej. Gdy nasze usta były już blisko siebie, do uszu dobiegł mnie drażniący dźwięk. Mianowicie mój dzwonek. Dopiero teraz spostrzegłem, że nie wszystko jest we właściwym porządku. Niebo było przeraźliwie jasne, jak o 12 w południe. Czas jakby stanął w miejscu, chłopak przy mnie nawet nie mrugał, nawet miejsce, w którym byliśmy różniło się od mojej poprzedniej, ustronnej uliczki. Znowu chciałem płakać. Półprzytomny zacząłem dłonią przeczesywać ziemię, miałem nadzieję, że jeśli nie otworzę oczu sen nie zniknie. Odebrałem więc na oślep i ospale mruknąłem do słuchawki.
-Jiyong błagam nie rozłączaj się. - Szybko podniosłem powieki, lecz widziałem niewiele więcej niż wcześniej.
-Wiem wiem, wiem, że jesteś wściekły. Ale proszę, pomóż mi. Jesteś jedyną osobą, do której mogę zadzwonić. Nie mam nic przy sobie. Nie widzę żadnego sklepu. - Wstałem gwałtownie. Miał rację, byłem wściekły. Jednak fakt iż prosi o pomoc przepełnił mnie tak wielkim strachem, że całkowicie zapomniałem o wcześniejszym uczuciu. Serce zaczęło mi walić.
-Co się dzieje i gdzie jesteś? - Z góry wiedziałem o co chodzi. Wybiegłem z zaułku szukając wzrokiem jakiegokolwiek miejsca, gdzie mógłbym kupić coś słodkiego. - Nie jestem pewien, jest ciemno, nie znam okolicy. - Wielki neon monopolowego wręcz uderzył mnie w oczy, rzuciłem się więc pędem w jego stronę.
-Tabliczka, Ri, szukaj jakiejkolwiek tabliczki z nazwą. A co z objawami? Jakie stadium?
-Na razie tylko drgawki. - Jego trzęsący głos potwierdził to, o czym przed chwilą zapewnił.
-Jak to tylko drgawki? To bardzo aż, kurwa drgawki!
-Nie przeklinaj, bo to w chuj nieładnie.
-Żartowniś się znalazł. Usiądź ma ziemi i oddychaj spokojnie biorąc głębokie wdechy. - Tym razem odpowiedział mi tylko pomruk pełen bólu.
-Poproszę miód! - Krzyknąłem już od progu do znudzonego, na oko - dziewiętnastolatka. Spojrzał na mnie jakbym był niepełnosprawny umysłowo, ale w milczeniu zaczął przeszukiwać regały sklepowe. Bez namysłu go popędziłem, przez co wręcz spiorunował mnie wzrokiem. Jego wyraz twarzy zmienił się sobie gdy wcisnąłem mu do ręki banknot wielokrotnie przekraczający wartość maleńkiego słoiczka złocistego płynu. Sprawdził jego prawdziwość i zadowolony schował do kasy. Ja już byłem na zewnątrz.
-Seungri nie rozłączaj się. Szukaj charakterystycznych znaków. Co widzisz?
-Nie wiem, jest ciemno. - Coraz bardziej słabł.
-Ri... Cokolwiek. Proszę.
-Jakiś kościół. - Zacisnąłem zęby na wardze. Byliśmy w Los Angeles. To nie był żaden znak szczególny, raczej "element wystroju" połowy ulic. Serce waliło mi coraz szybciej. Bałem się, że nie zdążę.
-Hyung... - Żałosny głosik kolejny raz przedarł się przez kawałek gipsu i drewna dzielący nas od siebie. Wstałem z krzesła, ale zabrakło mi odwagi by przekręcić klucz. Zdążyłem naliczyć do 10, a po drugiej stronie wciąż panowała cisza. Zacząłem się denerwować i uważnie słuchałem odgłosów dochodzących z korytarza. Usiadłem na ziemi opierając się plecami o zimną ścianę. Wyobraziłem sobie jak maknae robi to samo jakiś metr dalej, niedostępny dla moich oczu. Westchnąłem głośno.
-Jiyongah... - Serce zaczęło mi mięknąć, a wargi puszczać uwięzione przez nie zęby. - Naprawdę nie chciałem żeby to tak wyszło. Nie chciałem tego powiedzieć, sam dobrze wiesz, że to nieprawda. Ten MC... ahhh... kto pozwolił mu prowadzić tak ważny program. Wiem, nie mogę zrzucić na niego całej winy. Ale przyrzekam, że miałem z wami porozmawiać na dniach. Uwierz mi. Nie mam pojęcia skąd oni wiedzieli. Leader hyung... - Ton jego głosu zawsze potrafił tak wiele zdradzić. I tym razem miałem przez niego ochotę wybiec, przytulić chłopaka i głaszcząc, powtarzać, że rozumiem, że damy radę, że ma przestać płakać. Bo tak właśnie powinno teraz być, nie powinienem ocierać łez ze swoich policzków, tylko jego. Nie słuchać jego przeprosin, tylko go pocieszać.
-Jiyongah... Dobrze wiesz jak wiele dla mnie znaczy zespół. Przepraszam, Jiyongah... - Gwałtownie otworzyłem drzwi.
-Mogłybyś chociaż teraz przestać kłamać! Nie wiem, nic, kurwa, nie wiem! Wiem tylko że przez cały czas łgałeś nam prosto w twarz, że plułeś słowami przepełnionymi kłamstwami. Masz rację, zapomnij o wszystkim! Zapomnij o nas, o tym, co przeszliśmy razem, o naszych przygodach, o tym, jak wspinaliśmy się na sam szczyt! Po prostu o każdej spędzonej wspólnie chwili!
-Ji wiesz że to nie tak... - Ledwo potrafiłem zrozumieć co mówi przez jego szloch.
-A niby jak?! Wiesz, może miałbym to w dupie, tak jak Ty, gdyby nie to, że Cię kurwa kocham! Tak, kocham cię. Nie jako przyjaciel, nie jako lider, tylko jako zakochany w tobie po uszy idiota. Żałuję, ale nie potrafię inaczej. Myślisz że dlaczego znosiłem to, że byłeś z tą dziwką, która zdradzała Cię przy każdej możliwej okazji? Znosiłem gdy przychodziłeś potem do mnie z płaczem, serce mi pękało, miałem ochotę ją udusić, ale ty mi nie pozwalałeś nic zrobić. Bo ty kochałeś ją, a ja kochałem ciebie. U-czu-cia! Pojebane.-Nie czekając na jego reakcję, po prostu opuściłem budynek wręcz kipiąc ze złości. Gdzieś w czeluściach wielkiej kieszeni znalazłem ledwo napoczętą paczkę papierosów. Trzęsącymi rękoma wyjąłem miętowe ukojenie zawinięte w bibułkę oraz żółtą zapalniczkę. Odpalić udało mi się dopiero za trzecim razem. Zaciągnąłem się najmocniej jak potrafiłem, a następnie równo z wypuszczeniem dymu, pozwoliłem łzom płynąć. Szybko nabrałem kolejną dawkę powietrza trującego moje płuca. Na szczęście na ulicy nie było nikogo. Zupełna pustka w Los Angeles, wręcz niespotykana nawet na takich obrzeżach jak to. Najwidoczniej los mi sprzyjał. Wciągnąłem tlen nosem i skręciłem w jakąś uliczkę nieopodal, zaraz za nią w kolejną i następną, i znów skręt. Dostateczną ilość razy by nie mieć pojęcia gdzie jestem. Nie zależało mi na powrocie. Byłem jak małe dziecko, uciekające od mamy, która czegoś mu zabroniła. Nie powinienem się złościć, ale łzy płynęły same, były strumieniem nie do zatrzymania, niczym potok tuż u podnóża góry. Chciałem całą noc przesiedzieć w samotności, wśród czerni zmierzchu i kolorowych grafitti LA. Z drugiej strony marzyłem o niemożliwym. O zdarzeniu niczym z taniego romantyka, gdzie okazuje się, że moja miłość jest odwzajemniona, a chłopak przeszukuje wszystkie zakamarki miasta by mnie znaleźć. Spojrzałem na telefon. Nawet nie próbował dzwonić, rzuciłem komórkę na ziemię. Trzask oświadczył, że moja szybka jest już pokryta pęknięciami. Wyjąłem kolejnego papierosa i usiadłem obok strzaskanego urządzenia. Wciąż działał, mocne z niego cholerstwo. Zaczynało coraz bardziej się ściemniać. Odrzuciłem przychodzące połączenie od managera. Potrafię o siebie sam zadbać. Chyba. Po wyrzuceniu peta moja głowa stała się dużo cięższa. Zmęczone płaczem powieki zaczęły opadać, a świadomość coraz bardziej zanikać. Gdyby nie głośne, szybkie kroki, na pewno bym zasnął. Na dźwięk swojego imienia gwałtownie wstałem, tego nie spodziewałem. Byłem pewien, że nie podejmie się poszukiwań, w końcu bał się ciemności, nie wspominając już o całkowitym braku orientacji w terenie. Wbiegł zdyszany. Tak. To zdecydowanie był chłopak, którego kochałem najmocniej na świecie. Jego twarz była zapłakana tak bardzo jak moja. Powinienem poczekać aż powie co mu leży na sercu, ale nie potrafiłem. Szybko go popchnąłem i przykleszczyłem do muru.
-Nie obchodzi mnie co masz do powiedzenia. Po prostu przyrzeknij, że mnie nie zostawisz. Możesz zostawić zespół, porzucić karierę, wytwórnię, kraj, cokolwiek. Tylko nie mnie. Wiem, że jestem egoistą ale nie dam sobie rady bez ciebie. Naprawdę cię potrzebuję. - Odepchnął mnie od siebie i teraz to on przyparł mnie do równoległej ściany. Z zapartym tchem czekałem na rozwój wydarzeń. Zacząłem domyślać się jego zamiarów, zwłaszcza po tym jak bardzo przybliżył swoją twarz do mojej. Gdy nasze usta były już blisko siebie, do uszu dobiegł mnie drażniący dźwięk. Mianowicie mój dzwonek. Dopiero teraz spostrzegłem, że nie wszystko jest we właściwym porządku. Niebo było przeraźliwie jasne, jak o 12 w południe. Czas jakby stanął w miejscu, chłopak przy mnie nawet nie mrugał, nawet miejsce, w którym byliśmy różniło się od mojej poprzedniej, ustronnej uliczki. Znowu chciałem płakać. Półprzytomny zacząłem dłonią przeczesywać ziemię, miałem nadzieję, że jeśli nie otworzę oczu sen nie zniknie. Odebrałem więc na oślep i ospale mruknąłem do słuchawki.
-Jiyong błagam nie rozłączaj się. - Szybko podniosłem powieki, lecz widziałem niewiele więcej niż wcześniej.
-Wiem wiem, wiem, że jesteś wściekły. Ale proszę, pomóż mi. Jesteś jedyną osobą, do której mogę zadzwonić. Nie mam nic przy sobie. Nie widzę żadnego sklepu. - Wstałem gwałtownie. Miał rację, byłem wściekły. Jednak fakt iż prosi o pomoc przepełnił mnie tak wielkim strachem, że całkowicie zapomniałem o wcześniejszym uczuciu. Serce zaczęło mi walić.
-Co się dzieje i gdzie jesteś? - Z góry wiedziałem o co chodzi. Wybiegłem z zaułku szukając wzrokiem jakiegokolwiek miejsca, gdzie mógłbym kupić coś słodkiego. - Nie jestem pewien, jest ciemno, nie znam okolicy. - Wielki neon monopolowego wręcz uderzył mnie w oczy, rzuciłem się więc pędem w jego stronę.
-Tabliczka, Ri, szukaj jakiejkolwiek tabliczki z nazwą. A co z objawami? Jakie stadium?
-Na razie tylko drgawki. - Jego trzęsący głos potwierdził to, o czym przed chwilą zapewnił.
-Jak to tylko drgawki? To bardzo aż, kurwa drgawki!
-Nie przeklinaj, bo to w chuj nieładnie.
-Żartowniś się znalazł. Usiądź ma ziemi i oddychaj spokojnie biorąc głębokie wdechy. - Tym razem odpowiedział mi tylko pomruk pełen bólu.
-Poproszę miód! - Krzyknąłem już od progu do znudzonego, na oko - dziewiętnastolatka. Spojrzał na mnie jakbym był niepełnosprawny umysłowo, ale w milczeniu zaczął przeszukiwać regały sklepowe. Bez namysłu go popędziłem, przez co wręcz spiorunował mnie wzrokiem. Jego wyraz twarzy zmienił się sobie gdy wcisnąłem mu do ręki banknot wielokrotnie przekraczający wartość maleńkiego słoiczka złocistego płynu. Sprawdził jego prawdziwość i zadowolony schował do kasy. Ja już byłem na zewnątrz.
-Seungri nie rozłączaj się. Szukaj charakterystycznych znaków. Co widzisz?
-Nie wiem, jest ciemno. - Coraz bardziej słabł.
-Ri... Cokolwiek. Proszę.
-Jakiś kościół. - Zacisnąłem zęby na wardze. Byliśmy w Los Angeles. To nie był żaden znak szczególny, raczej "element wystroju" połowy ulic. Serce waliło mi coraz szybciej. Bałem się, że nie zdążę.
-Moment, dwa kościoły, dwa obok siebie. - To wciąż niedużo
mi dawało. Stałem na ulicy nerwowo kręcąc się w kółko. Nie miałem nawet pojęcia
w którą stronę powinienem biec.
-Ji wiem! Rozpoznaję to miejsce. Nie widzę tabliczki, ale wydaje mi się, że to Temple Street.
-Ulica z pierwszego wyjazdu do LA? To samo Temple?
-Nie wiem, tak mi się wydaje. - Syknął z bólu, a ja wróciłem do sklepu.
-Którędy na Temple Street? - Wróciłem się i wrzasnąłem do wciąż przysypiającego młodzieńca. Jego stosunek do mnie był zupełnie inny niż gdy po raz pierwszy wtargnąłem do środka. Szybko wytłumaczył mi prostą drogę na moją docelową ulicę. W podzięce znów obdarowałem go banknotem o wysokim nominale. Bez wątpienia była to jego najlepsza zmiana w historii.
-Jiyong proszę nie bądź na mnie zły. Wiesz dobrze.... jak wiele dla mnie znaczysz. Kocham cały zespół, ale ciebie... Nie potrafię określić kim dla mnie jesteś... Zawsze trzymałem... Cię... Na dystans... Bo bałem się że właśnie to się stanie... Że pokocham ciebie a ty mnie bardziej niż powinniśmy... - Ledwo widziałem gdzie biegnę, moje oczy były już tak bardzo załzawione. Ściskałem telefon przy uchu najmocniej jak potrafiłem, tak jakby to miało mu jakoś pomóc. - To nie tak, że robię sobie przerwę bo takie mam widzimisię... Nie umiem pogodzić muzyki z filmem... Lekarz powiedział że powinienem zrezygnować całkiem z wszelkich aktywności... Od niedawna moja cukrzyca jest kwalifikowana jako pierwszego stopnia... Niedługo przyjdą wyniki szczegółowych badań moich nerek... Choć nie spodziewam się pozytywnych wieści... - Dygotał między zdaniami. - Ale ostatecznie mogę wybrać jedną czynność... Nie chciałem pokazywać wam jak słaby jestem... Jiyong muszę odpocząć od ciebie, bo gdy cię widzę, serce mi wali. Chcę opanować uczucia, zanim umrę. Nie chcę ci psuć życia.
-Co powiedziałeś? - Teraz to ja się trzęsłem coraz lżej zaciskając palce na małym słoiczku. Na szczęście byłem już blisko.
-Ji... Chce mi się spać. - Musiałem bardzo postarać się żeby go w ogóle usłyszeć, a tym bardziej zrozumieć.
-Nie zasypiaj... Błagam nie zasypiaj! - Wrzeszczałem mijając wcześniej opisane kościoły. Dostrzegłem go z oddali w mroku, trzęsącego się, z kołyszącą na boki głową. Rzuciłem telefon w bok i popędziłem najszybszym w życiu sprintem. Upadłem obok niego na kolana i wygrzebałem miód na palec. Nie wiedziałem czy śpi czy po prostu nie jest w stanie uchylić powiek. Otworzyłem słoiczek, i szybko ręką chwyciłem jego podbródek. Drugą dłoń zanurzyłem w lepiącej się mazi. W myślach błagałem nie wiadomo kogo o pomoc. Poczułem ruchy jego języka. Spojrzałem na zegarek i zacząłem odliczać 10 minut wciąż pomału dawkując mu miód. Na szczęście nie zdążył zemdleć. Powoli wracał do normalnych barw. Czas mijał tak cholernie powoli. Tik tak... Tik... tak...tik...
-Spociłeś się jak świnia. - Powiedział cicho, wywołując na mojej twarzy szeroki uśmiech.
-Uwierz mi, nie wyglądasz lepiej. - Wreszcie to on się rozpromienił. Chwyciłem jego już teraz normalną twarz w dłonie.
-Nigdy więcej nie mów o swojej śmierci, nie umierasz i nie masz zamiaru w najbliższym czasie, rozumiemy się?
-Jiyong... ale moje wyniki...- Spochmurniał.
-Damy radę, rozumiesz? Damy radę. Odpoczniesz, zastosujesz odpowiednią dietę. Damy radę. Z tym możesz żyć, idioto. Ja bez ciebie nie.
-Mówisz jak mój lekarz.- Wykrzywił twarz w grymas niezadowolenia.
-Pan Lee mówi, że nie może bez ciebie żyć? - Uderzył mnie w plecy.
-Dureń. -Przybliżył się do mnie odrobinę oblizując wargi, by za chwilę zaskoczyć mnie i połączyć je z moimi w delikatnym pocałunku.
-Seungri...-Wyjąkałem zszokowany nie wiedząc co powinienem zrobić. Serce waliło mi jak nigdy wcześniej. To było to o czym od tak dawna marzyłem? O to mi chodziło gdy wyjawiałem życzenia spadającym gwiazdom? Tak, to zdecydowanie było to. Znów przycisnąłem swoje usta do jego i tym razem to ja przejąłem inicjatywę. Pieściłem go najlepiej jak potrafiłem, a on nie zaprotestował nawet przez sekundę, wręcz przeciwnie. Starał się oddawać mi przyjemność w jak największym stopniu. Nie zdawał sobie sprawy, że nie musiał nic robić bym czuł się szczęśliwy, wystarczyłby sam jego byt przy mnie. Jednakże nie chciałem wyprowadzać go z błędu. Aktualna sytuacja bardzo mi się podobała. Całowałem się z ukochanym, który odwzajemniał moją miłość, jakoby prawdziwa, tęczowa projekcja romantyczna. Nic, tylko płakać ze szczęścia
-Ji wiem! Rozpoznaję to miejsce. Nie widzę tabliczki, ale wydaje mi się, że to Temple Street.
-Ulica z pierwszego wyjazdu do LA? To samo Temple?
-Nie wiem, tak mi się wydaje. - Syknął z bólu, a ja wróciłem do sklepu.
-Którędy na Temple Street? - Wróciłem się i wrzasnąłem do wciąż przysypiającego młodzieńca. Jego stosunek do mnie był zupełnie inny niż gdy po raz pierwszy wtargnąłem do środka. Szybko wytłumaczył mi prostą drogę na moją docelową ulicę. W podzięce znów obdarowałem go banknotem o wysokim nominale. Bez wątpienia była to jego najlepsza zmiana w historii.
-Jiyong proszę nie bądź na mnie zły. Wiesz dobrze.... jak wiele dla mnie znaczysz. Kocham cały zespół, ale ciebie... Nie potrafię określić kim dla mnie jesteś... Zawsze trzymałem... Cię... Na dystans... Bo bałem się że właśnie to się stanie... Że pokocham ciebie a ty mnie bardziej niż powinniśmy... - Ledwo widziałem gdzie biegnę, moje oczy były już tak bardzo załzawione. Ściskałem telefon przy uchu najmocniej jak potrafiłem, tak jakby to miało mu jakoś pomóc. - To nie tak, że robię sobie przerwę bo takie mam widzimisię... Nie umiem pogodzić muzyki z filmem... Lekarz powiedział że powinienem zrezygnować całkiem z wszelkich aktywności... Od niedawna moja cukrzyca jest kwalifikowana jako pierwszego stopnia... Niedługo przyjdą wyniki szczegółowych badań moich nerek... Choć nie spodziewam się pozytywnych wieści... - Dygotał między zdaniami. - Ale ostatecznie mogę wybrać jedną czynność... Nie chciałem pokazywać wam jak słaby jestem... Jiyong muszę odpocząć od ciebie, bo gdy cię widzę, serce mi wali. Chcę opanować uczucia, zanim umrę. Nie chcę ci psuć życia.
-Co powiedziałeś? - Teraz to ja się trzęsłem coraz lżej zaciskając palce na małym słoiczku. Na szczęście byłem już blisko.
-Ji... Chce mi się spać. - Musiałem bardzo postarać się żeby go w ogóle usłyszeć, a tym bardziej zrozumieć.
-Nie zasypiaj... Błagam nie zasypiaj! - Wrzeszczałem mijając wcześniej opisane kościoły. Dostrzegłem go z oddali w mroku, trzęsącego się, z kołyszącą na boki głową. Rzuciłem telefon w bok i popędziłem najszybszym w życiu sprintem. Upadłem obok niego na kolana i wygrzebałem miód na palec. Nie wiedziałem czy śpi czy po prostu nie jest w stanie uchylić powiek. Otworzyłem słoiczek, i szybko ręką chwyciłem jego podbródek. Drugą dłoń zanurzyłem w lepiącej się mazi. W myślach błagałem nie wiadomo kogo o pomoc. Poczułem ruchy jego języka. Spojrzałem na zegarek i zacząłem odliczać 10 minut wciąż pomału dawkując mu miód. Na szczęście nie zdążył zemdleć. Powoli wracał do normalnych barw. Czas mijał tak cholernie powoli. Tik tak... Tik... tak...tik...
-Spociłeś się jak świnia. - Powiedział cicho, wywołując na mojej twarzy szeroki uśmiech.
-Uwierz mi, nie wyglądasz lepiej. - Wreszcie to on się rozpromienił. Chwyciłem jego już teraz normalną twarz w dłonie.
-Nigdy więcej nie mów o swojej śmierci, nie umierasz i nie masz zamiaru w najbliższym czasie, rozumiemy się?
-Jiyong... ale moje wyniki...- Spochmurniał.
-Damy radę, rozumiesz? Damy radę. Odpoczniesz, zastosujesz odpowiednią dietę. Damy radę. Z tym możesz żyć, idioto. Ja bez ciebie nie.
-Mówisz jak mój lekarz.- Wykrzywił twarz w grymas niezadowolenia.
-Pan Lee mówi, że nie może bez ciebie żyć? - Uderzył mnie w plecy.
-Dureń. -Przybliżył się do mnie odrobinę oblizując wargi, by za chwilę zaskoczyć mnie i połączyć je z moimi w delikatnym pocałunku.
-Seungri...-Wyjąkałem zszokowany nie wiedząc co powinienem zrobić. Serce waliło mi jak nigdy wcześniej. To było to o czym od tak dawna marzyłem? O to mi chodziło gdy wyjawiałem życzenia spadającym gwiazdom? Tak, to zdecydowanie było to. Znów przycisnąłem swoje usta do jego i tym razem to ja przejąłem inicjatywę. Pieściłem go najlepiej jak potrafiłem, a on nie zaprotestował nawet przez sekundę, wręcz przeciwnie. Starał się oddawać mi przyjemność w jak największym stopniu. Nie zdawał sobie sprawy, że nie musiał nic robić bym czuł się szczęśliwy, wystarczyłby sam jego byt przy mnie. Jednakże nie chciałem wyprowadzać go z błędu. Aktualna sytuacja bardzo mi się podobała. Całowałem się z ukochanym, który odwzajemniał moją miłość, jakoby prawdziwa, tęczowa projekcja romantyczna. Nic, tylko płakać ze szczęścia
to be
continued....
maybe....
maybe....





