Ograniczenia: Przekleństwa/zbliżenia dwóch mężczyzn
Pairing: Vkook ~Kim Taehyung x Jeon Jungkook
Zarys fabuły:
Odległa przyszłość. Świat opanowują kosmici, jednak ludzie muszą udawać, że ich życie się nie zmieniło, toczy się dalej, a otaczające ich istoty to rasa taka sama jak oni sami. W razie sprzeciwu zostają zabici.
I promise.
-Jungkook! -
Znajomy głos spowodował ciarki na moich plecach. Odkąd ONI znaleźli się na
naszej planecie słyszałem go maksymalnie dwa razy. W sumie zdziwiło mnie to, że
jeszcze byłem w stanie tego doświadczyć. Byłem pewien, że Namjoon już nie żyje.
To aż do niego niepodobne, że wciąż się nie postawił. Jin spojrzał na mnie
przerażonym wzrokiem gdy chłopak zaczął się do nas zbliżać.
-Kook,
uciekamy stąd. Będziemy przez niego w tarapatach.-Jego ton był wręcz błagalny.
-To wciąż
mój przyjaciel. - Mój głos próbował przeprosić, lecz w sumie nie miał za co.
Odwróciłem się, a moim oczom ukazał się obraz nędzy i rozpaczy. Dosłownie każdy
fragment garderoby Monstera był podarty w co najmniej jednym miejscu. Jego
twarz obdarta, włosy poczochrane a dłonie czerwono-sine. A jednak nie był tak
bezczynny. Wiedziałem, że nie da sobą tak pomiatać. W końcu nie bez powodu
nazwaliśmy go Monsterem.
-Namjoon. -
Moje gardło wydało drżący dźwięk. W ostatnim momencie chwyciłem ledwo stojącego
chłopaka za ramiona. Po kilku sekundach postawiłem go w pionie, miałem
nadzieję, że pomimo gnących się pod nim nóg, uda mu się pozostać w tej pozycji
przez dłuższą chwilę by nie zwracał na siebie zbytecznej uwagi.
-Żyjesz
jeszcze Jungkookie? - Jego blady uśmiech wyglądał okropnie. Patrząc na ciało
właściciela wyglądał jak doklejony w programie komputerowym.
- Pamiętasz
jeszcze stare czasy gdy tych bestii tu nie było?
-O czym Ty mówisz chłopie?- Zaśmiałem się
nerwowo.
-Doskonale
wiesz o czym mówię, młody. Naprawdę chcesz być jednym z tych idiotów i udawać,
że wszystko jest ok? Chcesz chodzić do pracy i zarabiać na te szatańskie
stwory?! - Jego ton był coraz mocniejszy i nabierał głośności.
-Monster
proszę, przestań. Porozmawiajmy w domu.
-W domu?!
Dobrze wiesz że nie mamy już czegoś takiego jak dom! W sumie niech mnie zabiją,
jak resztę moich przyjaciół! Niech zginę w męczarniach, wylewając pot
upamiętnieniając to, jacy kiedyś byliśmy, jak spokojnie żyliśmy! Pozdrawiam
wszystkich którzy chcą być robotami kontrolowanymi przez bezmózgie bestie! Ja
tak żyć nie będę!
-Namjoon. -
Wycedziłem przez zaciśnięte zęby. - Przestań.
-Nie kurwa,
nie przestanę! Wolę umrzeć, jak Hoseok, jak Jimin, jak Yoongi. Pamiętasz ich
jeszcze? Czy też będziesz udawał że nikogo takiego nie znasz?
-Mon...
-Kocham Cię
Kook, jesteś moim jedynym przyjacielem, który mi pozostał. Przepraszam więc że
nie potrafię żyć tak jak Ty i twój brat.-Gestem wskazał na skulonego za mną
Jin'a.
-Naprawdę
chciałbym, ale wszystko wydaje mi się zbyt niesprawiedliwe. Pierdoleni kosmici!
- Zamilkł i upadł prosto w moje ramiona. Łzy zgromadziły mi się w kącikach oczu
gdy na swojej dłoni poczułem coś mokrego. Napływało na moje palce z dużą
prędkością, zbyt dużą jak na pot. Po chwili spostrzegłem, że moje powieki są
zaciśnięte, więc szybko je podniosłem, czego od razu pożałowałem. Ujrzałem
dobrze zbudowanego niby-mężczyznę. Gdyby nie i cztery pulsujące na szyi
niewielkie kropki o błękitnym odcieniu, mógłbym pomyśleć że jest to zwykły, po
prostu dziwnie ubrany facet.
-Coś nie tak?
- Wyszczerzył się szyderczo i schował do kieszeni broń, którą dopiero
zauważyłem. Na nadgarstku jarzył mu się kilkucentymetrowy numer B127, który
zapamiętałem bez problemu. Mimo ochoty zaatakowania pana B, tylko zacisnąłem
wargi i pokręciłem przecząco głową. Przyjechał językiem po ustach i się
zaśmiał, choć to na pewno nie brzmiało jak serdeczny śmiech.
-A więc
miłego dnia. - Odwrócił się na pięcie.
-Jin, pomóż
mi. - Wydałem krótki, suchy rozkaz, a mój przerażony brat założył sobie rękę
mojego przyjaciela na ramię. Łzy powoli spływały mi po policzkach, nie
potrafiłem ich powstrzymać. W połowie drogi poczułem czyjąś silną dłoń na
przedramieniu.
-Młody co
się stało? - Głos był głęboki, spokojny, dawał otuchy i miałem ochotę mu
powiedzieć, że niosę ze sobą mojego ostatniego przyjaciela, a właściwie jego
wątłe ciało, lecz jak się zaraz okazało, błękitne punkty na szyi nie miały mi
dać ów spokoju, wręcz przeciwnie.
-Kolega
trochę zbyt dużo wypił, sam nie dojdzie do domu. - Uśmiechnąłem się krzywo.
-Rozumiem,
rozumiem. Może potrzebujesz pomocy? - Powieka mi drgała, zęby obijały się o
swoje równoległe bliźniaczki, ale nie dawałem ponieść się emocjom. Nie mogłem
pozwolić mu tak łatwo wygrać.
-Poradzimy
sobie.-Odwróciłem głowę w stronę młodszego brata i dałem znak by ruszał. Nogi
Monstera włóczyły się za nami szurając głośno o ziemię. Usłyszałem jeszcze
śmiech za plecami, który ani trochę nie przypominał wcześniejszego spokojnego
głosu. Nie powinienem płakać i przeżywać tego tak bardzo, w końcu on sam tego
chciał, dobrze widział co go czeka. To była tylko i wyłącznie jego decyzja, nie
był pierwszym którego straciłem po opanowaniu świata. Najgorzej jednak przeszedłem
przez stratę rodziców. To bolało najbardziej, gdy straciłem oparcie. Wreszcie
na naszym horyzoncie znalazł się szary, podniszczony budynek. Cała moja twarz
była już mokra od łez i potu, ostatkami sił wdrapałem się po trzech stopniach.
Jin bez słowa otworzył drzwi i pomógł mi ułożyć Namjoona na łóżku. Cała jego
koszulka była w krwi, tak jak moja i Seokjina. Poszedłem do szafy i wyjąłem z
niej dwie bokserki, jedną dla mnie a drugą dla przyjaciela. Spod zlewu
wygrzebałem czystą szmatkę, którą od razu namoczyłem. Mój brat siedział na
fotelu, jego twarz nie wyrażała żadnych emocji, jednak w jego oczach widziałem
rozrywający smutek, ból, i przede wszystkim strach. Pochyliłem się nad leżącym
blondynem, uprzednio kładąc koszulkę przy jego nogach. Zabrałem się za
wycieranie go, zaczynając od twarzy. Gdy była już czysta, powoli rozerwałem
jego całkowicie czerwony już t-shirt i odwróciłem go na brzuch. Zacząłem drżeć,
trzęsącymi się rękoma lekko dotykałem jego pleców, jak gdyby miało mu to
sprawić ból. Gdy chciałem wytrzeć epicentrum szkarłatnego zanieczyszczenia, nie
wytrzymałem. Po prostu wybiegłem z domu. Nie wiem jak długo gnałem krzycząc,
łkając i wyzywając wszystko i wszystkich co znalazłem na drodze. Wreszcie
jednak się zmęczyłem i rzuciłem na kolana gdzieś przy placu zabaw na pobliskim
blokowisku.
-Skurwysyny!
Pierdolone stwory! Czego chcecie?! Co on wam do cholery zrobił, chciał tylko
żyć. Chciał móc żyć! Ale czegoś takiego ludzie już nie mogą wykonywać, możemy
udawać, możemy być sztuczni tak jak wy. Bez celu krążyć po świecie, bez uczuć. Wiecie
co to uczucia?! Oczywiście, że nie wiecie! -Kolejną wiązankę przekleństw
powstrzymała dłoń na moich ustach. Ktoś pociągnął mnie do tyłu i zaprowadził w
ciemną uliczkę między dwoma blokami.
-Puszczę
Cię, ale musisz obiecać że będziesz cicho. Rozumiesz? - Trwało to koło 10
sekund zanim się uspokoiłem i pokiwałem głową. Odsunąłem się dwa kroki i
odwróciłem w stronę mojego wybawcy. Miał ciemnobrązowe, schludnie ułożone
włosy, biały golf na długi rękaw, który podkreślał jego wąską talię oraz czarne
spodnie sięgające przed kostki. Uśmiechnął się do mnie szeroko.
-Czujesz się
już lepiej? - Spytał doprowadzając mnie tym samym do wrzenia krwinek w całym
ciele.
-Taak,
powiedzmy, że tak. - Odparłem z lekką chrypą.
-To niezbyt
rozsądne wykrzykiwać takie hasła w środku miasta.
-Co innego
mi pozostało?
-Rodzina? -
Zagryzł dolną wargę i wlepił we mnie zaciekawiony wzrok.
-Mam już
tylko brata.
-Albo aż
brata. - Miał rację. Nie doceniałem tego, że wciąż miałem przy sobie Jina.
Zostawiłem go samego z ciałem Monstera. Nie potrafiłem wyrazić ku niemu uczuć,
choć był dla mnie wszystkim. Zapragnąłem jak najszybciej znaleźć się w domu
pomimo przyciągającego seksapilu nieznajomego.
-Chyba będę
musiał się już zbierać. - Mój głos był słaby, tak jak ja.
- Na przyszłość... Jestem Jungkook, lub po prostu Kook. - Wyciągnąłem dłoń w jego stronę a on chwycił ją szybko.
- Na przyszłość... Jestem Jungkook, lub po prostu Kook. - Wyciągnąłem dłoń w jego stronę a on chwycił ją szybko.
-A ja V. -
Serce mi przyspieszyło.
-V? - Przełknąłem ślinę, a moje wargi
mimowolnie się rozchyliły. Chciałem wyrwać mu się i uciec, lecz trzymał mnie
zbyt mocno. Spojrzałem w dół. Dopiero teraz zauważyłem świecące się symbole
V947. Kolejny raz dzisiaj serce zaczęło mi walić w rytm pędzących myśli
przepełnionych przerażeniem.
-Proszę, nie
uciekaj. Proszę. Nie szufladkuj mnie. - Jego głos był wręcz żałosny. - Nie
zostawiaj mnie tu tak bez słowa. Też nienawidzę tego miejsca. Nie skreślaj mnie
od razu. Proszę. - Zrobiło mi się go naprawdę szkoda, więc ścisnąłem go mocniej
za rękę, nie wiedzieć czemu. W odpowiedzi on pociągnął mnie gwałtownie do siebie, a następnie, nie
oddalając się ani na centymetr, przyparł mnie do muru. Ciepły oddech pofrunął
wzdłuż mojej szyi. Gdyby nie to, że wciąż trzymał moją rękę, mógłbym upaść z
powodu trzęsących się nóg. Doskonale wiedziałem, że to był najgorszy z
możliwych pomysłów zostać tutaj, lecz nie mogłem się powstrzymać. Staliśmy tak
wpatrując się w siebie przez dłuższy czas, dopóki gdzieś w oddali nie
rozbrzmiał dźwięk ciężkich, oficerskich butów. Przerażony odskoczyłem od
bruneta i dopiero zdałem sobie sprawę, że jest już po godzinie policyjnej i
mogę za sekundę zginąć. Stukot stał się dużo głośniejszy. Chowaliśmy się w
cieniu dysząc ciężko. Był praktycznie obok nas, widziałem postawną sylwetkę,
której gwiazdy na szyi świeciły dumnie i przylgnąłem do nowo poznanego przybysza
wystraszony. Minął nas, lecz mój pozorny spokój nie trwał długo, bo oficer odwrócił
się na pięcie. Jego twarz znalazła się na tej samej wysokości co moja. Nasze
oczy się spotkały, a pod jego nosem pojawił się wredny uśmiech zwycięstwa. Gdy
podszedł bliżej, zaobserwowałem w jego ruchach coś na kształt zrezygnowania.
-Kto to i
dlaczego tu jest? - Oschłym głosem spytał mojego towarzysza. Skąd wiedział że
nie jest człowiekiem?
-Adept. Jest
w trakcie ćwiczeń. - Stałem nieporuszony udawając, że wiem o czym mówi.
Mężczyzna niepewnie pokiwał głową. Nie chciał dać za wygraną.
-Książeczka.
- Warknął i uśmiechnął się po raz kolejny w ten upiorny sposób.
-Wciąż nie
wyrobiona. - Przy ostatnim słowie ledwo zauważalnie zadrżał mu głos,
wystarczyło to jednak by oficer zrobił krok w naszą stronę.
-Bez dowodu was nie puszczę, nawet ciebie. Tatuś tym razem ci nie pomoże. - Poczułem na plecach jego spinające się mięśnie.
-Błagam, bądź cicho. Bez piśnięcia albo zaraz zginiesz. - Wyszeptał mi tak cicho, że ledwo słyszałem. Nie wiedziałem o co mu chodzi, lecz nie musiałem się zastanawiać długo. Nagle poczułem największy ból jakiego doświadczyłem w całym swoim życiu. Zacząłem szybko oddychać przez nos, szczęka drżała mi nieubłagalnie, a wzdłuż kręgosłupa czułem jakby ktoś wbijał mi wielki szpikulec przejeżdżając nim po całej jego długości. Starałem się wytrzymać, lecz do moich oczu napłynęły łzy. Próbowałem skupić się na czymś innym. Dopiero teraz zrozumiałem, że jedna dłoń chłopaka zaciskała się na moim wykręconym nadgarstku. Od początku chciał mnie oszukać. Jak mogłem dać się tak omamić? Gdy ból zaczął stawać się lżejszy, poczułem coś jeszcze. Mianowicie gładzącą mnie delikatnie po plecach rękę. Robił to przez cały czas? O co chodziło?
-Powtarzam ostatni raz: podejdź do mnie albo inaczej porozmawiamy. - Ostatni? Czyżbym nie słyszał wcześniejszych próśb? Uścisk zelżał, a ból minął. Z trudem, ale udało mi się zrobić krok na przód, a zdenerwowany żołnierz poszarpnął mnie za rękę i przyciągnął. Bez skrupułów zadarł moją koszulkę do góry. Poczułem się jak przedmiot, jak towar na bazarze. -Złaźcie mi z oczu. - Rzucił gdy skończył mi się przyglądać, a V od razu chwycił mnie pod ramię i zaczął prowadzić do przodu. Spostrzegłem że nie mam pojęcia gdzie jesteśmy. Naprawdę odbiegłem aż tak daleko? Po jakiś pięciu minutach szybkiego marszu zacząłem rozpoznawać okolicę. -Skąd wiesz gdzie mieszkam?- Nie odpowiedział mi, tylko gwałtownie się odwrócił i pocałował mnie natarczywie. Chwycił moją twarz w dłonie i spojrzał mi głęboko w oczy.
-Przyrzekam że ci pomogę. - Jego przepraszający ton chwytał mnie za serce, ale nie mogłem się poddać.
-Pomożesz... W czym pomożesz? Coś ty mi do cholery zrobił?! - Byłem już naprawdę zdenerwowany i chciałem dowiedzieć się o co chodzi. Znów nie wydobył z siebie ani słowa. Miałem ochotę go uderzyć, lecz wiedziałem że to niczym walka z wiatrakami. Szybko podniosłem swoją koszulkę tak jak wcześniej oficer, i zamarłem. Na mojej klatce piersiowej, między dwoma sutkami, jarzyła się duża, niebieska litera "A" oraz malutka kropka obok niej.
-Bez dowodu was nie puszczę, nawet ciebie. Tatuś tym razem ci nie pomoże. - Poczułem na plecach jego spinające się mięśnie.
-Błagam, bądź cicho. Bez piśnięcia albo zaraz zginiesz. - Wyszeptał mi tak cicho, że ledwo słyszałem. Nie wiedziałem o co mu chodzi, lecz nie musiałem się zastanawiać długo. Nagle poczułem największy ból jakiego doświadczyłem w całym swoim życiu. Zacząłem szybko oddychać przez nos, szczęka drżała mi nieubłagalnie, a wzdłuż kręgosłupa czułem jakby ktoś wbijał mi wielki szpikulec przejeżdżając nim po całej jego długości. Starałem się wytrzymać, lecz do moich oczu napłynęły łzy. Próbowałem skupić się na czymś innym. Dopiero teraz zrozumiałem, że jedna dłoń chłopaka zaciskała się na moim wykręconym nadgarstku. Od początku chciał mnie oszukać. Jak mogłem dać się tak omamić? Gdy ból zaczął stawać się lżejszy, poczułem coś jeszcze. Mianowicie gładzącą mnie delikatnie po plecach rękę. Robił to przez cały czas? O co chodziło?
-Powtarzam ostatni raz: podejdź do mnie albo inaczej porozmawiamy. - Ostatni? Czyżbym nie słyszał wcześniejszych próśb? Uścisk zelżał, a ból minął. Z trudem, ale udało mi się zrobić krok na przód, a zdenerwowany żołnierz poszarpnął mnie za rękę i przyciągnął. Bez skrupułów zadarł moją koszulkę do góry. Poczułem się jak przedmiot, jak towar na bazarze. -Złaźcie mi z oczu. - Rzucił gdy skończył mi się przyglądać, a V od razu chwycił mnie pod ramię i zaczął prowadzić do przodu. Spostrzegłem że nie mam pojęcia gdzie jesteśmy. Naprawdę odbiegłem aż tak daleko? Po jakiś pięciu minutach szybkiego marszu zacząłem rozpoznawać okolicę. -Skąd wiesz gdzie mieszkam?- Nie odpowiedział mi, tylko gwałtownie się odwrócił i pocałował mnie natarczywie. Chwycił moją twarz w dłonie i spojrzał mi głęboko w oczy.
-Przyrzekam że ci pomogę. - Jego przepraszający ton chwytał mnie za serce, ale nie mogłem się poddać.
-Pomożesz... W czym pomożesz? Coś ty mi do cholery zrobił?! - Byłem już naprawdę zdenerwowany i chciałem dowiedzieć się o co chodzi. Znów nie wydobył z siebie ani słowa. Miałem ochotę go uderzyć, lecz wiedziałem że to niczym walka z wiatrakami. Szybko podniosłem swoją koszulkę tak jak wcześniej oficer, i zamarłem. Na mojej klatce piersiowej, między dwoma sutkami, jarzyła się duża, niebieska litera "A" oraz malutka kropka obok niej.
-JESTEM
CHOLERNYM KOSMITĄ?! -Wrzasnąłem.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz