niedziela, 5 kwietnia 2015

3.

Typ:   AU
Ograniczenia: Przekleństwa/zbliżenia dwóch mężczyzn
Pairing: Vkook ~Kim Taehyung x Jeon Jungkook

Zarys fabuły:
Odległa przyszłość. Świat opanowują kosmici, jednak ludzie muszą udawać, że ich życie się nie zmieniło, toczy się dalej, a otaczające ich istoty to rasa taka sama jak oni sami. W razie sprzeciwu zostają zabici.












                                                                  
                                    I promise.






-Jungkook! - Znajomy głos spowodował ciarki na moich plecach. Odkąd ONI znaleźli się na naszej planecie słyszałem go maksymalnie dwa razy. W sumie zdziwiło mnie to, że jeszcze byłem w stanie tego doświadczyć. Byłem pewien, że Namjoon już nie żyje. To aż do niego niepodobne, że wciąż się nie postawił. Jin spojrzał na mnie przerażonym wzrokiem gdy chłopak zaczął się do nas zbliżać.

-Kook, uciekamy stąd. Będziemy przez niego w tarapatach.-Jego ton był wręcz błagalny.

-To wciąż mój przyjaciel. - Mój głos próbował przeprosić, lecz w sumie nie miał za co. Odwróciłem się, a moim oczom ukazał się obraz nędzy i rozpaczy. Dosłownie każdy fragment garderoby Monstera był podarty w co najmniej jednym miejscu. Jego twarz obdarta, włosy poczochrane a dłonie czerwono-sine. A jednak nie był tak bezczynny. Wiedziałem, że nie da sobą tak pomiatać. W końcu nie bez powodu nazwaliśmy go Monsterem.

-Namjoon. - Moje gardło wydało drżący dźwięk. W ostatnim momencie chwyciłem ledwo stojącego chłopaka za ramiona. Po kilku sekundach postawiłem go w pionie, miałem nadzieję, że pomimo gnących się pod nim nóg, uda mu się pozostać w tej pozycji przez dłuższą chwilę by nie zwracał na siebie zbytecznej uwagi.

-Żyjesz jeszcze Jungkookie? - Jego blady uśmiech wyglądał okropnie. Patrząc na ciało właściciela wyglądał jak doklejony w programie komputerowym.

- Pamiętasz jeszcze stare czasy gdy tych bestii tu nie było?

 -O czym Ty mówisz chłopie?- Zaśmiałem się nerwowo.

-Doskonale wiesz o czym mówię, młody. Naprawdę chcesz być jednym z tych idiotów i udawać, że wszystko jest ok? Chcesz chodzić do pracy i zarabiać na te szatańskie stwory?! - Jego ton był coraz mocniejszy i nabierał głośności.

-Monster proszę, przestań. Porozmawiajmy w domu.

-W domu?! Dobrze wiesz że nie mamy już czegoś takiego jak dom! W sumie niech mnie zabiją, jak resztę moich przyjaciół! Niech zginę w męczarniach, wylewając pot upamiętnieniając to, jacy kiedyś byliśmy, jak spokojnie żyliśmy! Pozdrawiam wszystkich którzy chcą być robotami kontrolowanymi przez bezmózgie bestie! Ja tak żyć nie będę!

-Namjoon. - Wycedziłem przez zaciśnięte zęby. - Przestań.

-Nie kurwa, nie przestanę! Wolę umrzeć, jak Hoseok, jak Jimin, jak Yoongi. Pamiętasz ich jeszcze? Czy też będziesz udawał że nikogo takiego nie znasz?

-Mon...

-Kocham Cię Kook, jesteś moim jedynym przyjacielem, który mi pozostał. Przepraszam więc że nie potrafię żyć tak jak Ty i twój brat.-Gestem wskazał na skulonego za mną Jin'a.

-Naprawdę chciałbym, ale wszystko wydaje mi się zbyt niesprawiedliwe. Pierdoleni kosmici! - Zamilkł i upadł prosto w moje ramiona. Łzy zgromadziły mi się w kącikach oczu gdy na swojej dłoni poczułem coś mokrego. Napływało na moje palce z dużą prędkością, zbyt dużą jak na pot. Po chwili spostrzegłem, że moje powieki są zaciśnięte, więc szybko je podniosłem, czego od razu pożałowałem. Ujrzałem dobrze zbudowanego niby-mężczyznę. Gdyby nie i cztery pulsujące na szyi niewielkie kropki o błękitnym odcieniu, mógłbym pomyśleć że jest to zwykły, po prostu dziwnie ubrany facet.

-Coś nie tak? - Wyszczerzył się szyderczo i schował do kieszeni broń, którą dopiero zauważyłem. Na nadgarstku jarzył mu się kilkucentymetrowy numer B127, który zapamiętałem bez problemu. Mimo ochoty zaatakowania pana B, tylko zacisnąłem wargi i pokręciłem przecząco głową. Przyjechał językiem po ustach i się zaśmiał, choć to na pewno nie brzmiało jak serdeczny śmiech.

-A więc miłego dnia. - Odwrócił się na pięcie.

-Jin, pomóż mi. - Wydałem krótki, suchy rozkaz, a mój przerażony brat założył sobie rękę mojego przyjaciela na ramię. Łzy powoli spływały mi po policzkach, nie potrafiłem ich powstrzymać. W połowie drogi poczułem czyjąś silną dłoń na przedramieniu.

-Młody co się stało? - Głos był głęboki, spokojny, dawał otuchy i miałem ochotę mu powiedzieć, że niosę ze sobą mojego ostatniego przyjaciela, a właściwie jego wątłe ciało, lecz jak się zaraz okazało, błękitne punkty na szyi nie miały mi dać ów spokoju, wręcz przeciwnie.

-Kolega trochę zbyt dużo wypił, sam nie dojdzie do domu. - Uśmiechnąłem się krzywo.

-Rozumiem, rozumiem. Może potrzebujesz pomocy? - Powieka mi drgała, zęby obijały się o swoje równoległe bliźniaczki, ale nie dawałem ponieść się emocjom. Nie mogłem pozwolić mu tak łatwo wygrać.

-Poradzimy sobie.-Odwróciłem głowę w stronę młodszego brata i dałem znak by ruszał. Nogi Monstera włóczyły się za nami szurając głośno o ziemię. Usłyszałem jeszcze śmiech za plecami, który ani trochę nie przypominał wcześniejszego spokojnego głosu. Nie powinienem płakać i przeżywać tego tak bardzo, w końcu on sam tego chciał, dobrze widział co go czeka. To była tylko i wyłącznie jego decyzja, nie był pierwszym którego straciłem po opanowaniu świata. Najgorzej jednak przeszedłem przez stratę rodziców. To bolało najbardziej, gdy straciłem oparcie. Wreszcie na naszym horyzoncie znalazł się szary, podniszczony budynek. Cała moja twarz była już mokra od łez i potu, ostatkami sił wdrapałem się po trzech stopniach. Jin bez słowa otworzył drzwi i pomógł mi ułożyć Namjoona na łóżku. Cała jego koszulka była w krwi, tak jak moja i Seokjina. Poszedłem do szafy i wyjąłem z niej dwie bokserki, jedną dla mnie a drugą dla przyjaciela. Spod zlewu wygrzebałem czystą szmatkę, którą od razu namoczyłem. Mój brat siedział na fotelu, jego twarz nie wyrażała żadnych emocji, jednak w jego oczach widziałem rozrywający smutek, ból, i przede wszystkim strach. Pochyliłem się nad leżącym blondynem, uprzednio kładąc koszulkę przy jego nogach. Zabrałem się za wycieranie go, zaczynając od twarzy. Gdy była już czysta, powoli rozerwałem jego całkowicie czerwony już t-shirt i odwróciłem go na brzuch. Zacząłem drżeć, trzęsącymi się rękoma lekko dotykałem jego pleców, jak gdyby miało mu to sprawić ból. Gdy chciałem wytrzeć epicentrum szkarłatnego zanieczyszczenia, nie wytrzymałem. Po prostu wybiegłem z domu. Nie wiem jak długo gnałem krzycząc, łkając i wyzywając wszystko i wszystkich co znalazłem na drodze. Wreszcie jednak się zmęczyłem i rzuciłem na kolana gdzieś przy placu zabaw na pobliskim blokowisku.

-Skurwysyny! Pierdolone stwory! Czego chcecie?! Co on wam do cholery zrobił, chciał tylko żyć. Chciał móc żyć! Ale czegoś takiego ludzie już nie mogą wykonywać, możemy udawać, możemy być sztuczni tak jak wy. Bez celu krążyć po świecie, bez uczuć. Wiecie co to uczucia?! Oczywiście, że nie wiecie! -Kolejną wiązankę przekleństw powstrzymała dłoń na moich ustach. Ktoś pociągnął mnie do tyłu i zaprowadził w ciemną uliczkę między dwoma blokami.

-Puszczę Cię, ale musisz obiecać że będziesz cicho. Rozumiesz? - Trwało to koło 10 sekund zanim się uspokoiłem i pokiwałem głową. Odsunąłem się dwa kroki i odwróciłem w stronę mojego wybawcy. Miał ciemnobrązowe, schludnie ułożone włosy, biały golf na długi rękaw, który podkreślał jego wąską talię oraz czarne spodnie sięgające przed kostki. Uśmiechnął się do mnie szeroko.

-Czujesz się już lepiej? - Spytał doprowadzając mnie tym samym do wrzenia krwinek w całym ciele.

-Taak, powiedzmy, że tak. - Odparłem z lekką chrypą.

-To niezbyt rozsądne wykrzykiwać takie hasła w środku miasta.

-Co innego mi pozostało?

-Rodzina? - Zagryzł dolną wargę i wlepił we mnie zaciekawiony wzrok.

-Mam już tylko brata.

-Albo aż brata. - Miał rację. Nie doceniałem tego, że wciąż miałem przy sobie Jina. Zostawiłem go samego z ciałem Monstera. Nie potrafiłem wyrazić ku niemu uczuć, choć był dla mnie wszystkim. Zapragnąłem jak najszybciej znaleźć się w domu pomimo przyciągającego seksapilu nieznajomego.

-Chyba będę musiał się już zbierać. - Mój głos był słaby, tak jak ja.
- Na przyszłość... Jestem Jungkook, lub po prostu Kook. - Wyciągnąłem dłoń w jego stronę a on chwycił ją szybko.

-A ja V. - Serce mi przyspieszyło.

-V? - Przełknąłem ślinę, a moje wargi mimowolnie się rozchyliły. Chciałem wyrwać mu się i uciec, lecz trzymał mnie zbyt mocno. Spojrzałem w dół. Dopiero teraz zauważyłem świecące się symbole V947. Kolejny raz dzisiaj serce zaczęło mi walić w rytm pędzących myśli przepełnionych przerażeniem.

-Proszę, nie uciekaj. Proszę. Nie szufladkuj mnie. - Jego głos był wręcz żałosny. - Nie zostawiaj mnie tu tak bez słowa. Też nienawidzę tego miejsca. Nie skreślaj mnie od razu. Proszę. - Zrobiło mi się go naprawdę szkoda, więc ścisnąłem go mocniej za rękę, nie wiedzieć czemu. W odpowiedzi on pociągnął mnie gwałtownie do siebie, a następnie, nie oddalając się ani na centymetr, przyparł mnie do muru. Ciepły oddech pofrunął wzdłuż mojej szyi. Gdyby nie to, że wciąż trzymał moją rękę, mógłbym upaść z powodu trzęsących się nóg. Doskonale wiedziałem, że to był najgorszy z możliwych pomysłów zostać tutaj, lecz nie mogłem się powstrzymać. Staliśmy tak wpatrując się w siebie przez dłuższy czas, dopóki gdzieś w oddali nie rozbrzmiał dźwięk ciężkich, oficerskich butów. Przerażony odskoczyłem od bruneta i dopiero zdałem sobie sprawę, że jest już po godzinie policyjnej i mogę za sekundę zginąć. Stukot stał się dużo głośniejszy. Chowaliśmy się w cieniu dysząc ciężko. Był praktycznie obok nas, widziałem postawną sylwetkę, której gwiazdy na szyi świeciły dumnie i przylgnąłem do nowo poznanego przybysza wystraszony. Minął nas, lecz mój pozorny spokój nie trwał długo, bo oficer odwrócił się na pięcie. Jego twarz znalazła się na tej samej wysokości co moja. Nasze oczy się spotkały, a pod jego nosem pojawił się wredny uśmiech zwycięstwa. Gdy podszedł bliżej, zaobserwowałem w jego ruchach coś na kształt zrezygnowania.

-Kto to i dlaczego tu jest? - Oschłym głosem spytał mojego towarzysza. Skąd wiedział że nie jest człowiekiem?

-Adept. Jest w trakcie ćwiczeń. - Stałem nieporuszony udawając, że wiem o czym mówi. Mężczyzna niepewnie pokiwał głową. Nie chciał dać za wygraną.

-Książeczka. - Warknął i uśmiechnął się po raz kolejny w ten upiorny sposób.

-Wciąż nie wyrobiona. - Przy ostatnim słowie ledwo zauważalnie zadrżał mu głos, wystarczyło to jednak by oficer zrobił krok w naszą stronę.
-Bez dowodu was nie puszczę, nawet ciebie. Tatuś tym razem ci nie pomoże. - Poczułem na plecach jego spinające się mięśnie.
-Błagam, bądź cicho. Bez piśnięcia albo zaraz zginiesz. - Wyszeptał mi tak cicho, że ledwo słyszałem. Nie wiedziałem o co mu chodzi, lecz nie musiałem się zastanawiać długo. Nagle poczułem największy ból jakiego doświadczyłem w całym swoim życiu. Zacząłem szybko oddychać przez nos, szczęka drżała mi nieubłagalnie, a wzdłuż kręgosłupa czułem jakby ktoś wbijał mi wielki szpikulec przejeżdżając nim po całej jego długości. Starałem się wytrzymać, lecz do moich oczu napłynęły łzy. Próbowałem skupić się na czymś innym. Dopiero teraz zrozumiałem, że jedna dłoń chłopaka zaciskała się na moim wykręconym nadgarstku. Od początku chciał mnie oszukać. Jak mogłem dać się tak omamić? Gdy ból zaczął stawać się lżejszy, poczułem coś jeszcze. Mianowicie gładzącą mnie delikatnie po plecach rękę. Robił to przez cały czas? O co chodziło?
-Powtarzam ostatni raz: podejdź do mnie albo inaczej porozmawiamy. - Ostatni? Czyżbym nie słyszał wcześniejszych próśb? Uścisk zelżał, a ból minął. Z trudem, ale udało mi się zrobić krok na przód, a zdenerwowany żołnierz poszarpnął mnie za rękę i przyciągnął. Bez skrupułów zadarł moją koszulkę do góry. Poczułem się jak przedmiot, jak towar na bazarze. -Złaźcie mi z oczu. - Rzucił gdy skończył mi się przyglądać, a V od razu chwycił mnie pod ramię i zaczął prowadzić do przodu. Spostrzegłem że nie mam pojęcia gdzie jesteśmy. Naprawdę odbiegłem aż tak daleko? Po jakiś pięciu minutach szybkiego marszu zacząłem rozpoznawać okolicę. -Skąd wiesz gdzie mieszkam?- Nie odpowiedział mi, tylko gwałtownie się odwrócił i pocałował mnie natarczywie. Chwycił moją twarz w dłonie i spojrzał mi głęboko w oczy.
-Przyrzekam że ci pomogę. - Jego przepraszający ton chwytał mnie za serce, ale nie mogłem się poddać.
 -Pomożesz... W czym pomożesz? Coś ty mi do cholery zrobił?! - Byłem już naprawdę zdenerwowany i chciałem dowiedzieć się o co chodzi. Znów nie wydobył z siebie ani słowa. Miałem ochotę go uderzyć, lecz wiedziałem że to niczym walka z wiatrakami.
Szybko podniosłem swoją koszulkę tak jak wcześniej oficer, i zamarłem. Na mojej klatce piersiowej, między dwoma sutkami, jarzyła się duża, niebieska litera "A" oraz malutka kropka obok niej.

-JESTEM CHOLERNYM KOSMITĄ?! -Wrzasnąłem.










Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Obserwatorzy